Marcin Knoppek

Time of Crows

Recenzja: „Przeklęty prom” Matsa Strandberga

Tym razem opiszę wrażenia z rejsu promem „Baltic Charisma”, na którym rozmach jatki zaskoczył mnie nawet pomimo krwawej masakry na okładce książki wydanej nakładem wydawnictwa Marginesy. Dzieło autorstwa bliżej nieznanego mi pisarza Matsa Strandberga o niezbyt zachęcającym tytule „Przeklęty prom” trafiło w moje ręce przypadkiem. Wybór tej pozycji na kolejną lekturę był strzałem na oślep, niestety chybionym.

Jest taka tematyka literatury czy kina grozy, za którą zdecydowanie nie przepadam. Mam tu na myśli opowieści o zombie, wilkołakach, wampirach i podobnej maści „klasycznych” potworach, których motyw wałkowany jest stanowczo za często i przez to pozostaje w moim przekonaniu wyczerpany. Do takiej też tematyki należy zaklasyfikować dzieło Matsa Strandberga (nie będę zdradzał, co konkretnie nawiedzi pasażerski szwedzki statek, ale nie należy spodziewać się niczego wyszukanego). Recenzowana powieść była więc dla mnie z zasady dość męcząca. Pytanie brzmi, czy „Przeklęty prom” może zabrać osoby, których wspomniana tematyka nie zniechęca, w podróż pamiętną i zarazem udaną.

Uważam, że wśród miłośników horrorów znajdą się entuzjaści tej książki, ale jednocześnie mam obawy, że będą oni w wyraźnej mniejszości. O ile bowiem pierwszą połowę „Przeklętego promu” czyta się nawet nieźle, co wynika m.in. z atmosfery tajemniczości zgrabnie budowanej przez detale skrywane między wierszami, o tyle druga połowa to już katorga, którą można przyrównać do przesyconego akcją, przewidywalnego filmu sensacyjnego. Na końcu horror funkcjonuje już tylko w ramach podgatunku gore.

Co z warsztatem literackim autora? Język jest prosty i przyjemny. Narracja interesująca, a w rozdziałach opisujących w szerokim spektrum sytuację na całym promie wręcz oryginalna. Dużo dobrego można też powiedzieć o kreacji postaci, przynajmniej w pierwszej połowie powieści, kiedy jeszcze wszechobecny chaos nie mąci czytelnikowi w głowie.

Reasumując, nie wszystko jest złe. Problem w tym, że – parafrazując klasyka – prawdziwego pisarza poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. A koniec rejsu „Baltic Charismą” trzeba niestety odchorować.

Recenzja: „Przebudzenie” Stephena Kinga

„Przebudzenie” to jedna z najnowszych powieści grozy Stephena Kinga. Wydana w Polsce przez wiernych poddanych Króla Horroru – Prószyński i S-ka – stanowi opowieść pisaną na modłę starych, dawno nieżyjących mistrzów gatunku, a nie nowoczesny horror, do jakich King przyzwyczaił swoich czytelników. Pierwotnie spodziewałem się, że „Przebudzenie” inspirowane jest słynnym dziełem Mary Shelley – „Frankenstein”, ale gdy w tekście padł tytuł niesławnej, czarnoksięskiej księgi „De Vermis Mysteriis” pojąłem, że to H.P. Lovecraft rzuca na tę opowieść swój cień.

Fabuła „Przebudzenia” – a przynajmniej jej główny wątek – kręci się wokół postaci zafascynowanego energią elektryczną pastora Charlesa Jacoba, który w toku opowieści przechodzi dramatyczną duchową przemianę. Patrząc na tę postać z szerszej perspektywy, łatwo doszukamy się alegorii zmagań religii z nauką. Cała historia ma zresztą wymiar eschatologiczny, a King bierze pod lupę życie pozagrobowe tak z perspektywy nauki, jak i przez pryzmat wiary. Ostateczna odpowiedź, jaką otrzymujemy, uderza nas obuchem przez łeb. Czy w pozytywnym, czy w negatywnym sensie – to już zależy od tego, czego oczekuje czytelnik.

Pomijając fabułę, powieść odznacza się tymi samymi cechami, co znakomita większość dzieł Kinga. Jest rozwlekła, więcej w niej fragmentów obyczajowych niż grozy, ale wciąga i zawiera interesujące pomysły. Arcyciekawy jest motyw uzdrawiania chorych, w którym granica między oszustem, geniuszem i cudotwórcą zaciera się i nawet od strony moralnej stanowi niełatwy orzech do zgryzienia. Szczególnej uwadze polecam fragment o obrączkach!

Pozostaje pytanie, czy „Przebudzenie” zaliczyć do udanych, godnych polecenia dzieł Stephena Kinga? Oczywiście tak! To ambitna pozycja, którą wyróżniłbym na polach kreacji postaci oraz podłoża filozoficznego. Lojalnie muszę jednak uprzedzić, że nie ma w niej za dużo z horroru. Tylko odrobina – na koniec.

Recenzja: „Inwazja” Wojtka Miłoszewskiego

Z zasady nie recenzuję książek, które z horrorem nie mają nic wspólnego, ale skoro przyjąłem egzemplarz recenzencki „Inwazji” Wojtka Miłoszewskiego, to wypada opisać moje odczucia związane z lekturą. Zwłaszcza, że na niniejszej stronie recenzowałem już „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego, który jest bratem autora „Inwazji”. Samego Wojtka Miłoszewskiego dotąd kojarzyłem jedynie ze scenariuszem do serialu kryminalnego „Wataha”, natomiast obecnie nie mogę odmówić mu talentu do prozy. „Inwazja” napisana jest przyzwoicie, chociaż z drugiej strony nie jest to też przykład warsztatu wybitnego. Ot, wartko się czyta.

Sama historia powieści oscyluje wokół fikcyjnych wydarzeń politycznych, tj. wojny pomiędzy Polską i Rosją w czasach współczesnych. Podczas tytułowej „inwazji” na Polskę opowiadane są historie kilku obywateli, z których najciekawsze wydają się wątki Romana Gurskiego i Danuty Wojnarowicz. Historia porucznika Romana Gurskiego w barwny sposób obrazuje heroiczną walkę polskich żołnierzy z dużo silniejszym wrogiem, a historia córki biznesmena Danuty Wojnarowicz ciekawie opowiada o robieniu na wojnie naprawdę dużych pieniędzy. Wszystkie wątki w ten czy inny sposób w końcu się zazębiają, a ich wspólnym mianownikiem jest naturalizm i brutalność wojny.

Wydarzenia z „Inwazji” w większości przedstawione są w sposób realistyczny i wiarygodny. Niestety nie można powiedzieć tego o całej książce. Przede wszystkim całkowicie karykaturalnie nakreślone zostały sylwetki znanych polityków. Angela Merkel czy Francois Hollande (w „Inwazji” wciąż jest prezydentem Francji) zachowują się ze wszech miar irracjonalnie, jakby byli bohaterami powieści Franza Kafki w jakimś zwariowanym krzywym zwierciadle świata polityki. Nie inaczej ma się sprawa z czołowymi polskimi politykami, którzy są albo przerysowani, albo potraktowani niesprawiedliwie jako ostatni tchórze bądź głupcy. W konsekwencji wszystkie fragmenty powieści poświęcone znanym osobistościom na świecie i w kraju zabijają realizm snutej opowieści, bo zamiast odpowiadać na pytanie: „jak mogłoby się stać?”, pokazują polityczny kabaret. Jeżeli to celowy zabieg, to uważam go za nieprzystający do przecież poważnej tematyki dzieła.

Co istotne, powieść nie ma zakończenia. Urywa się nagle, a wątki nie zostaję zamknięte, co zwiastuje kontynuację. Czy po nią sięgnę? Gdybym lubił ten gatunek literacki, pewnie z ciekawości zakończenia bym się skusił, ale lektura nie wciągnęła mnie na tyle, abym pomimo wojennej tematyki, poświęcił tej historii więcej czasu. „Inwazja” ma swoje momenty i kilka ciekawie wykreowanych bohaterów, ale postacie, które nie są fikcyjne, zostały przedstawione bardzo nieudolnie. Miały śmieszyć, a tylko wprawiają czytelnika w zażenowanie. Krótko mówiąc: jest tu sporo dobrego, ale też i sporo złego.

Recenzja: „Siostrzyca” Johna Hardinga

Rzadko kiedy mam okazję czytać opowieści grozy, które nie stanowią konglomeratu różnych gatunków literackich. Nie inaczej jest w przypadku „Siostrzycy” Johna Hardinga wydanej w Polsce przez Dom Wydawniczy Mała Kurka. To w równym stopniu horror, kryminał i dramat obyczajowy, chociaż większa część książki okazuje się być zaskakująco lekka i przyjemna. Elementy grozy bardziej nastrajają niż straszą, tragizm opowiadanej historii zanadto nie wzrusza, a wątek kryminalny nigdy się na dobre nie rozkręca. Z tej „lekkiej i przyjemnej” konwencji wyłamuje się jedynie ostatnie kilkadziesiąt stron powieści – zaskakujące intensywnością serwowanych czytelnikowi emocji.

„Siostrzyca” to powieść z akcją umiejscowioną w XIX-wiecznej Nowej Anglii, pisana z perspektywy dwunastoletniej Florence. Dziewczynki oczytanej, która do tego stopnia pokochała Szekspira, że zaczęła sama wplatać w swój język wymyślane samodzielnie neologizmy, chcąc dorównać swojemu mistrzowi. W konsekwencji cała opowieść najeżona jest niesamowitym słownictwem, które urzeka dziecięcym sposobem myślenia. Tytułem przykładu można przytoczyć takie słowotwórcze cudeńka jak „kichawica kurzu”, „odpłakiwanie kogoś na peron” czy „odmączanie ręki zamaszystym ścierkowaniem”. Przy tej okazji trzeba podkreślić, jak wspaniałą robotę wykonał polski tłumacz – Karolina Zaremba.

Nie zdradzając szczegółów fabuły, „Siostrzyca” nie przedstawia żadnej wielkiej historii. Opowieść jest kameralna, skupiona na przeżyciach małej dziewczynki, która odkrywa, że jej bratu może przytrafić się coś złego. A ponieważ mamy do czynienia z dzieckiem, nie do końca wiemy, co dzieje się naprawdę, a co jest emanacją wybujałej wyobraźni narratorki, która zafascynowana jest również upiornymi dziełami Edgara Alana Poe. Jest jednak coś w tej powieści, co każe nam kibicować Florence, nawet jeśli nie do końca wierzymy w każde jej słowo.

Mógłbym wskazać tylko jedną wyraźną wadę „Siostrzycy”. Chodzi o wielość tajemnic, które pozostają nierozwiązane. To nie tak, że lubię mieć podane wszystko na tacy, ale nie można przesadzić jak zrobił to John Harding, pozostawiając w powieści więcej pytań niż odpowiedzi.

Czy zatem warto sięgnąć po tę pozycję książkową? Uważam, że tak. Co ważne, „Siostrzyca” nie jest długa, więc nie poświęcimy na nią zbyt dużo czasu. W zamian otrzymamy bardzo oryginalny język i raczej lekką historię, ale z mocnym, niespodziewanym zakończeniem. Polecam.

Recenzja: „Ruiny” Scotta Smitha

Nigdy nie uważałem, że literatura grozy ma obowiązek przestraszyć czytelnika. To zresztą nieprosta sztuka i mimo, że jestem pasjonatem horrorów, od lat żadna lektura nie potrafiła mnie przerazić. Ostatnio udało się to chyba „Małpce” Stephena Kinga i wtedy rzeczywiście z nerwów nie chciałem gasić światła w nocy, ale działo się to jeszcze za moich czasów gimnazjalnych, a więc dawno, dawno temu. Wciąż zdarza mi się bać na niektórych filmach, jednak połączenie obrazu, muzyki i dźwięków daje reżyserom broń, którą nie dysponują pisarze. Z tą myślą któregoś dnia przeprowadziłem w Internecie poszukiwania powieści, która w powszechnej opinii uchodzi za naprawdę straszną. W ten właśnie sposób dotarłem do „Ruin”.

Przyznaję bez bicia, że jeszcze przed kilkoma miesiącami nazwisko Smith kojarzyło mi się wyłącznie z Matrixem. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że Scott Smith wydał w całej pisarskiej karierze ledwie dwie książki. Ostatnim jego dziełem były właśnie „Ruiny” z 2006 r., które osiągnęły znaczny sukces komercyjny i dwa lata później doczekały się ekranizacji.

Krwawe, brutalne, nadmiernie naturalistyczne opowieści zazwyczaj mnie odpychają. Drażni mnie niepotrzebne rozwodzenie się nad czyimś cierpieniem, które ma na celu po prostu zaszokować czytelnika, a nie zawiera w sobie głębszej treści. W „Ruinach” okrucieństwo, chociaż obecne przez prawie całą książkę, nie jest wymuszone. Może wynikać to poniekąd z tego powodu, że tym razem to nie człowiek odznacza się bezmyślną żądzą krwi, ale sama przyroda udowadnia swoją bezwzględność.

Akcja „Ruin” rozgrywa się w meksykańskiej dżungli. Tytuł ten jest nieco mylący, albowiem od pierwszych stron zwiastuje eksplorację starożytnego miasta Majów, odkrywanie grozy sprzed wieków, może nawet obcowanie z szamańską magią bądź voodoo. Nic bardziej mylnego. Bohaterowie powieści w gruncie rzeczy nigdy do żadnych ruin nie docierają, chociaż miejsce, które odnajdą w głębi dżungli, jest nie mniej niezwykłe.

Pierwsze sto pięćdziesiąt stron „Ruin” to tak naprawdę klasyczny, bezlitosny survival, ale bez wyraźnych elementów grozy. Dopiero potem, gwałtownie i niespodziewanie, zaczyna się horror i robi się jeszcze nieprzyjemniej. Na przekór temu, powieść wciąga coraz bardziej.

Za największy atut „Ruin” należy uznać kreację postaci. Chyba nigdy nie spotkałem się z tak realistycznym oddaniem osobowości bohaterów powieści, którzy są jednocześnie bardzo charakterystyczni i nie przerysowani. Do tego wszystkie dialogi są tak niesamowicie wiarygodne, jakby pochodziły z dokumentu, zapisu faktycznej wyprawy do Meksyku, a nie fikcji literackiej. Tylko pozazdrościć takiego kunsztu pisarskiego i intuicji.

Pozostaje pytanie, czy recenzowana powieść jest rzeczywiście taka straszna, za jaką uchodzi? Nie ulega dla mnie wątpliwości, że „Ruiny” reprezentują grupę tych horrorów, które przy odpowiednim nastroju i wobec odpowiedniej osoby mogą pokazać kły i wywołać lęk. Wszystko to za sprawą kilku udanych, oddziałujących na wyobraźnię scen. W mojej pamięci ostatnie dzieło Scotta Smitha zapisało się jednak jako książka nade wszystko dramatyczna, z ciężką atmosferą i wspaniale napisanymi postaciami. Makabra, masochistycznie wciągająca, miała dla mnie drugorzędne znaczenie.

Muzyko, podaj mi skrzydła

Wczoraj miałem przyjemność zaprezentować dziesięć swoich wierszy podczas koncertu charytatywnego w poznańskim teatrze „Scena na Piętrze”. To był naprawdę piękny wieczór. Udało się zebrać trochę pieniędzy na rehabilitację dla 6-letniego Kubusia, u którego stwierdzono dziecięce porażenie mózgowe.

 

 

muzyko-podaj-mi-skrzydla

Recenzja: „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego

Zapewne każdemu zagorzałemu miłośnikowi kryminałów w Polsce znana jest twórczość literacka Zygmunta Miłoszewskiego, a jego „dziecko”, prokurator Teodor Szacki, ściga przestępców już nie tylko na łamach książek, ale także w produkcjach filmowych. Mało kto jednak wie, że Zygmunt Miłoszewski, król polskiego kryminału, wcale nie stawiał pierwszych kroków jako pisarz tworzący thrillery o prokuratorskich śledztwach. Debiutował w gatunku horroru. To właśnie „Domofon”, dotychczas jedyną powieść grozy w dorobku Miłoszewskiego, spróbuję rozebrać na części, żeby na koniec recenzji – śrubka po śrubce – ponownie złożyć w całość.

Dobry horror, niezależnie od stylu i podgatunku, wymaga współistnienia kilku elementów składowych. W debiucie Miłoszewskiego niektóre mechanizmy działają bez zarzutu, inne zaś wadliwie, a zatem rodzi się pytanie, czy te kilka usterek w stopniu znacznym psuje odbiór „Domofonu”. Ale po kolei. Zacznijmy od wymienienia elementów, które zawodzą.

Najpoważniejszym ubytkiem recenzowanej powieści jest brak naprawdę dobrej historii. Można doszukać się tu wprawdzie kilku ciekawych wątków fabularnych, a finał oferuje niezły element zaskoczenia, ale nie jest to opowieść, która usatysfakcjonowałaby bardziej wymagających i „doświadczonych” czytelników literatury grozy.

„Domofonu” nie wyróżnia także oryginalność treści. Ot, ghost story z odgrzewanymi motywami klątwy, walki z najgorszymi lękami i nienaturalnej, ożywającej ciemności rodem z „Alana Wake’a” (chociaż ten powstał oczywiście później).

Zmuszony jestem również wytknąć drugiej połowie powieści pewien spadek poziomu grozy i tajemniczości oraz przydługie opisy zmagania się przez głównych bohaterów z sennością. Nie jest to jednak problem, na który cierpi wyłącznie „Domofon”, albowiem wielokrotnie w przypadku innych pisarzy horrorów (np. Stephena Kinga) borykałem się z tym samym poczuciem wynikającym z wyjaśniania się kolejnych zagadek i coraz większym nagromadzeniem nadprzyrodzonych zjawisk.

Zamykając listę wad, napomknę o drobnych, mało istotnych gafach debiutanta, np. o opisie rozmowy telefonicznej, podczas której bohater opowieści notorycznie powtarza, co słyszy w słuchawce, byle tylko czytelnik zrozumiał, czego dotyczy konwersacja. Z kolei w finale historii dzielni protagoniści, zamiast uciekać przed spodziewaną eksplozją, w sposób prawdziwie hollywoodzki odnajdują czas na dyskusję, ujawnianie ostatnich tajemnic i podniosłe wyznania. Są to jednak potknięcia, które w żaden sposób nie wpływają na moją ocenę całości.

Chociaż powieść Miłoszewskiego zawodzi na kilku polach, na paru innych broni się bez zarzutu. Takim obszarem jest niewątpliwie kreacja postaci. Główni bohaterowie przedstawieni są w sposób zróżnicowany i uzupełniają się charakterologicznie, a przez to z łatwością możemy upatrzyć sobie przynajmniej jednego ulubieńca i śledzić jego losy do końca opowieści. Z postaci drugoplanowych na szczególną uwagę zasługuje dewotka Anna Maria Emilia Wierzbicka. Poświęcone (także wodą święconą) jej fragmenty należą do najciekawszych w książce.

Miłoszewski udowodnił ponadto, że potrafi trzymać czytelnika w napięciu, a kiedy trzeba, to napięcie błyskawicznie rozładowywać. „Domofon” co chwila raczy nas naprawdę dobrym poczuciem humoru, lecz gdy nadchodzi czas straszenia, poważnieje. Dzięki temu autor nie zamęcza nas jednolitym nastrojem, a to ważne w literaturze grozy.

Na dużą pochwałę zasługuje także język Miłoszewskiego. Jak na literacki debiut, jest lepiej niż dobrze. Bogate słownictwo, lekkość pióra, przystępny styl – to wyraźne atuty „Domofonu”.

Wreszcie najważniejsze – nastrój. Bez wątpienia jest on w powieści obecny. Może nie zawsze, może nie w równych proporcjach, ale da się go poczuć, co w horrorze jest elementem nieodzownym. Wszystko może zawodzić, ale odpowiedni klimat to podstawa utworu grozy. Na szczęście to koło zębate jest na swoim miejscu. Nie obraca się w zawrotnym tempie, ale wystarczająco szybko, aby miało się ochotę doczytać książkę do końca.

Wracając do pytania z początku recenzji – czy zalety „Domofonu” usprawiedliwiają jego wady? Myślę, że tak. Powieść mnie nie wymęczyła, utkwiło mi w głowie parę dobrych motywów, no i wciąż śmieję się na wspomnienie kilku fragmentów. Nawet gdybym nie wiedział, jaki sukces odniósł Miłoszewski, napisałbym, że ten debiut dobrze wróży autorowi na przyszłość.

Recenzja: „Zew Cthulhu” Howarda Philipa Lovecrafta

Twórczość H.P. Lovecrafta doczekała się w Polsce bardzo licznych wydań książkowych i właściwie rok w rok nowi tłumacze mierzą się z charakterystycznym językiem Samotnika z Providence, a kolejne wydawnictwa literackie układają z jego opowiadań własne kompilacje. Niektóre teksty były publikowane już wielokrotnie, a ich tytuły różnią się w zależności od tłumaczenia (np. „The Colour out of Space” był już tłumaczony jako „Kolor z przestworzy”, „Kolor z innego wszechświata” i „Kolor, który spadł z nieba”).

Trudne i żmudne byłoby recenzowanie wszystkich zbiorów opowiadań Lovecrafta, ale skoro podjąłem się napisania choć kilku recenzji, jednej książki pominąć nie mogę. „Zew Cthulhu” wydawnictwa Czytelnik z roku 1983 stanowi pierwszą i w mojej ocenie najlepszą oficjalnie wydaną w Polsce antologię twórczości Lovecrafta. Nie wiedzie ona jednak prymu wśród podobnych sobie książek z uwagi na tłumaczenie, okładkę czy sam fakt, iż jest pierwsza- i chwała jej za to. Nie. To niczym nieograniczony dobór opowiadań (wszak żadne nie zostały wcześniej w naszym kraju zebrane w jednym zbiorze) sprawia, że każdy miłośnik Lovecrafta powinien hołubić tę pozycję na swoim domowym ołtarzyku Wielkich Przedwiecznych. Tu nie ma słabych opowiadań. Nie ma nawet opowiadań gorszych. Cały zbiór od pierwszej do ostatniej strony trzyma równy, bardzo wysoki poziom, a każdy z siedmiu tekstów jest reprezentatywny dla twórczości Lovecrafta. Brak któregokolwiek z nich stanowiłby niepowetowaną stratę.

Już otwierające zbiór opowiadanie tytułowe uchodzi przecież za sztandarowe dzieło mistrza weird fiction, a sam Cthulhu za najbardziej rozpoznawalnego przedstawiciela mitologicznego panteonu lovecraftowego uniwersum, którego imię i macki na dobre wpełzły do światowej popkultury. Bądźmy szczerzy – który miłośnik horroru nie słyszał o Cthulhu?

Przyjrzyjmy się jednak dalszym opowiadaniom, z których każde ma nam do zaoferowanie nowe wymiary „niewypowiedzianej grozy”.

„Widmo nad Innsmouth” skrywa nie mniej interesującą historię co utwór tytułowy, wielokrotnie zapożyczaną na potrzeby kultury masowej, np. gry komputerowej „Zew Cthulhu: Mroczne zakątki świata” czy filmu „Dagon”. Jest to, krótko mówiąc, kawał dobrego horroru z dużą ilością akcji i z bardzo niepokojącym zakończeniem. „Kolor z przestworzy” z kolei to oryginalna i mroczna opowieść science fiction, którą nie wzgardziliby czytelnicy Ray’a Bradbury’ego. Poprzez obserwację zmian zachodzących na farmie, na terenie której spadł tajemniczy meteoryt, odczuwamy narastające napięcie i nadciągającą katastrofę. Mamy tu więc do czynienia z innym, mniej dosadnym obliczem Lovecrafta niż w pozostałych utworach „Zewu Cthulhu”.

Dwa następne opowiadania to moi osobiści faworyci. „Szepcący w ciemności” stanowi prawdopodobnie najstraszniejszą z siedmiu historii opowiadającą o żyjącej na Ziemi wysoko rozwiniętej rasie obcych ukrywającej przed ludźmi tak swoją obecność, jak i swoje prawdziwe intencje. Finał potrafi przyprawić o gęsią skórkę! Natomiast „Duch ciemności” odznacza się niesamowitym, ponurym nastrojem. Na zachętę wystarczy wspomnieć, że cała akcja toczy się wokół niedostępnego, starego kościoła, którego z niewiadomych względów lękają się wszyscy okoliczni mieszkańcy.

Ostatnie dwa opowiadania zbioru również nie rozczarowują. Na pięćdziesięciu stronach „Koszmaru w Dunwich” Lovecraft przechodzi sam siebie, opisując przywołaną na skutek plugawych rytuałów bestię z piekła rodem. Za wszystkim kryje się zaś niebanalna fabuła, więc dla miłośników twórczości Lovecrafta jest to kolejna obowiązkowa lektura. Wreszcie „Muzyka Ericha Zanna”, dla odmiany krótka opowieść, ukazuje znów to inne podejście do tematyki weird fiction, w której kluczową rolę odegra skrytość, mistyczność i niedopowiedzenie.

Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w swoim życiu. Nie jest to pozycja, którą polecam wyłącznie miłośnikom prozy Lovecrafta, lecz wszystkim czytelnikom literatury grozy. Jest to – bez dwóch zdań – zbiór opowiadań ponadczasowych, które mimo upływu kilkudziesięciu lat nie zestarzały się jakościowo ani odrobinę.

Na koniec, już na marginesie chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej zalecie recenzowanego wydania. Jest to książka z 1983 roku, więc istnieją już tylko stare, używane egzemplarze, które z rzadka znaleźć można na aukcjach internetowych, a częściej na zakurzonych półkach bibliotek i antykwariatów. Muszę przyznać, że to niesamowicie ekscytujące i nastrojowe znaleźć w jednym z tych ostatnich miejsc tę szczególną książkę, a potem zagłębić się w złowrogą treść zapisaną na jej pożółkłych kartkach. Przychodzi wręcz na myśl skojarzenie z „Necronomiconem”, którego w podobnych okolicznościach odnajdują bohaterowie Samotnika z Providence.

w noc ciemną… w blasku nadziei…

Zbliża się Boże Narodzenie, zbliża się więc również świąteczny tomik wierszy, w którym poznańscy poeci dzielą się przemyśleniami na ten szczególny przecież czas. Cieszę się, że ponownie miałem zaszczyt przedstawić kilka własnych refleksji w całkiem nowych Dialogach Poetyckich wydawnictwa Flos Carmeli.

 

Antologia

Recenzja: „Przypadek Charlesa Dextera Warda” Howarda Philipa Lovecrafta

Kolejną recenzowaną przeze mnie minipowieścią H. P. Lovecrafta jest „Przypadek Charlesa Dextera Warda” wydany w 2012 roku jako samodzielnie dzieło przez toruńskie wydawnictwo C&T. Utwór ten liczy 165 stron i fabularnie stanowi klasyczną (żeby nie powiedzieć „typową”) opowieść autora mitologii Cthulhu. Nie po raz pierwszy Lovecraft aplikuje czytelnikowi końską dawkę czarnej magii, rozkopanych grobów i zagadek sięgających minionych wieków.

„Przypadek Charlesa Dextera Warda” zawiera właściwie wszystkie elementy opowieści grozy, dzięki którym literatura Lovecrafta jest poczytna nawet dziś, 78 lat po jego śmierci. Jest mrocznie, niesamowicie, tragicznie, przede wszystkim zaś jest złowrogo, co w trakcie lektury potwierdza odkrycie sekretów farmy w Pawtuxet czy potwornego planu przodka tytułowego bohatera.

Pomimo wskazanych zalet, nie mogę wystawić „Przypadkowi Charlesa Dextera Warda” najwyższej noty. Jest to spowodowane jedną, znaczącą skazą, którą niestety dotknięte są liczne teksty Lovecrafta. Chodzi tu mianowicie o daleko posuniętą przewidywalność. Wszystkie tajemnice opowiadanej historii można przejrzeć na wiele rozdziałów przed momentem, gdy znajdują fabularne rozwiązanie. Co gorsza, wyjaśnienia zagadek są bardzo łopatologiczne, rażąc tym samym czytelnika, który samodzielnie zdołał dojść do prawdy. Lovecraft pragnął zaskoczyć czytelnika, lecz podając mu na tacy zbyt wiele faktów, zniweczył własne wysiłki. Zabrakło mu umiejętności ukrywania istotnych informacji między wierszami, co potrafił chociażby żyjący w tych samych czasach Arthur Conan Doyle. Zamiast tego można odnieść wrażenie, że Samotnik z Providence traktuje czytelnika jak półgłówka, który pochłania lekturę zupełnie bezrefleksyjnie i nie wyciąga żadnych wniosków z nawet najbardziej oczywistych sugestii.

Rekapitulując, wielka szkoda, że Lovecraft zaprzepaścił szansę na fantastyczne elementy zaskoczenia, które uczyniłyby „Przypadek Charlesa Dextera Warda” kompletną i ponadczasową historią grozy o niespodziewanych oraz szokujących zwrotach akcji. Oczywiście nawet bez tego waloru recenzowana minipowieść jest godna polecenia jako horror, jednak pewien żal pozostaje.

« Older posts

© 2018 Marcin Knoppek

Theme by Anders NorenUp ↑