Marcin Knoppek

Time of Crows

Category: recenzja (page 1 of 2)

Recenzja: „Siostrzyca” Johna Hardinga

Rzadko kiedy mam okazję czytać opowieści grozy, które nie stanowią konglomeratu różnych gatunków literackich. Nie inaczej jest w przypadku „Siostrzycy” Johna Hardinga wydanej w Polsce przez Dom Wydawniczy Mała Kurka. To w równym stopniu horror, kryminał i dramat obyczajowy, chociaż większa część książki okazuje się być zaskakująco lekka i przyjemna. Elementy grozy bardziej nastrajają niż straszą, tragizm opowiadanej historii zanadto nie wzrusza, a wątek kryminalny nigdy się na dobre nie rozkręca. Z tej „lekkiej i przyjemnej” konwencji wyłamuje się jedynie ostatnie kilkadziesiąt stron powieści – zaskakujące intensywnością serwowanych czytelnikowi emocji.

„Siostrzyca” to powieść z akcją umiejscowioną w XIX-wiecznej Nowej Anglii, pisana z perspektywy dwunastoletniej Florence. Dziewczynki oczytanej, która do tego stopnia pokochała Szekspira, że zaczęła sama wplatać w swój język wymyślane samodzielnie neologizmy, chcąc dorównać swojemu mistrzowi. W konsekwencji cała opowieść najeżona jest niesamowitym słownictwem, które urzeka dziecięcym sposobem myślenia. Tytułem przykładu można przytoczyć takie słowotwórcze cudeńka jak „kichawica kurzu”, „odpłakiwanie kogoś na peron” czy „odmączanie ręki zamaszystym ścierkowaniem”. Przy tej okazji trzeba podkreślić, jak wspaniałą robotę wykonał polski tłumacz – Karolina Zaremba.

Nie zdradzając szczegółów fabuły, „Siostrzyca” nie przedstawia żadnej wielkiej historii. Opowieść jest kameralna, skupiona na przeżyciach małej dziewczynki, która odkrywa, że jej bratu może przytrafić się coś złego. A ponieważ mamy do czynienia z dzieckiem, nie do końca wiemy, co dzieje się naprawdę, a co jest emanacją wybujałej wyobraźni narratorki, która zafascynowana jest również upiornymi dziełami Edgara Alana Poe. Jest jednak coś w tej powieści, co każe nam kibicować Florence, nawet jeśli nie do końca wierzymy w każde jej słowo.

Mógłbym wskazać tylko jedną wyraźną wadę „Siostrzycy”. Chodzi o wielość tajemnic, które pozostają nierozwiązane. To nie tak, że lubię mieć podane wszystko na tacy, ale nie można przesadzić jak zrobił to John Harding, pozostawiając w powieści więcej pytań niż odpowiedzi.

Czy zatem warto sięgnąć po tę pozycję książkową? Uważam, że tak. Co ważne, „Siostrzyca” nie jest długa, więc nie poświęcimy na nią zbyt dużo czasu. W zamian otrzymamy bardzo oryginalny język i raczej lekką historię, ale z mocnym, niespodziewanym zakończeniem. Polecam.

Recenzja: „Ruiny” Scotta Smitha

Nigdy nie uważałem, że literatura grozy ma obowiązek przestraszyć czytelnika. To zresztą nieprosta sztuka i mimo, że jestem pasjonatem horrorów, od lat żadna lektura nie potrafiła mnie przerazić. Ostatnio udało się to chyba „Małpce” Stephena Kinga i wtedy rzeczywiście z nerwów nie chciałem gasić światła w nocy, ale działo się to jeszcze za moich czasów gimnazjalnych, a więc dawno, dawno temu. Wciąż zdarza mi się bać na niektórych filmach, jednak połączenie obrazu, muzyki i dźwięków daje reżyserom broń, którą nie dysponują pisarze. Z tą myślą któregoś dnia przeprowadziłem w Internecie poszukiwania powieści, która w powszechnej opinii uchodzi za naprawdę straszną. W ten właśnie sposób dotarłem do „Ruin”.

Przyznaję bez bicia, że jeszcze przed kilkoma miesiącami nazwisko Smith kojarzyło mi się wyłącznie z Matrixem. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że Scott Smith wydał w całej pisarskiej karierze ledwie dwie książki. Ostatnim jego dziełem były właśnie „Ruiny” z 2006 r., które osiągnęły znaczny sukces komercyjny i dwa lata później doczekały się ekranizacji.

Krwawe, brutalne, nadmiernie naturalistyczne opowieści zazwyczaj mnie odpychają. Drażni mnie niepotrzebne rozwodzenie się nad czyimś cierpieniem, które ma na celu po prostu zaszokować czytelnika, a nie zawiera w sobie głębszej treści. W „Ruinach” okrucieństwo, chociaż obecne przez prawie całą książkę, nie jest wymuszone. Może wynikać to poniekąd z tego powodu, że tym razem to nie człowiek odznacza się bezmyślną żądzą krwi, ale sama przyroda udowadnia swoją bezwzględność.

Akcja „Ruin” rozgrywa się w meksykańskiej dżungli. Tytuł ten jest nieco mylący, albowiem od pierwszych stron zwiastuje eksplorację starożytnego miasta Majów, odkrywanie grozy sprzed wieków, może nawet obcowanie z szamańską magią bądź voodoo. Nic bardziej mylnego. Bohaterowie powieści w gruncie rzeczy nigdy do żadnych ruin nie docierają, chociaż miejsce, które odnajdą w głębi dżungli, jest nie mniej niezwykłe.

Pierwsze sto pięćdziesiąt stron „Ruin” to tak naprawdę klasyczny, bezlitosny survival, ale bez wyraźnych elementów grozy. Dopiero potem, gwałtownie i niespodziewanie, zaczyna się horror i robi się jeszcze nieprzyjemniej. Na przekór temu, powieść wciąga coraz bardziej.

Za największy atut „Ruin” należy uznać kreację postaci. Chyba nigdy nie spotkałem się z tak realistycznym oddaniem osobowości bohaterów powieści, którzy są jednocześnie bardzo charakterystyczni i nie przerysowani. Do tego wszystkie dialogi są tak niesamowicie wiarygodne, jakby pochodziły z dokumentu, zapisu faktycznej wyprawy do Meksyku, a nie fikcji literackiej. Tylko pozazdrościć takiego kunsztu pisarskiego i intuicji.

Pozostaje pytanie, czy recenzowana powieść jest rzeczywiście taka straszna, za jaką uchodzi? Nie ulega dla mnie wątpliwości, że „Ruiny” reprezentują grupę tych horrorów, które przy odpowiednim nastroju i wobec odpowiedniej osoby mogą pokazać kły i wywołać lęk. Wszystko to za sprawą kilku udanych, oddziałujących na wyobraźnię scen. W mojej pamięci ostatnie dzieło Scotta Smitha zapisało się jednak jako książka nade wszystko dramatyczna, z ciężką atmosferą i wspaniale napisanymi postaciami. Makabra, masochistycznie wciągająca, miała dla mnie drugorzędne znaczenie.

Recenzja: „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego

Zapewne każdemu zagorzałemu miłośnikowi kryminałów w Polsce znana jest twórczość literacka Zygmunta Miłoszewskiego, a jego „dziecko”, prokurator Teodor Szacki, ściga przestępców już nie tylko na łamach książek, ale także w produkcjach filmowych. Mało kto jednak wie, że Zygmunt Miłoszewski, król polskiego kryminału, wcale nie stawiał pierwszych kroków jako pisarz tworzący thrillery o prokuratorskich śledztwach. Debiutował w gatunku horroru. To właśnie „Domofon”, dotychczas jedyną powieść grozy w dorobku Miłoszewskiego, spróbuję rozebrać na części, żeby na koniec recenzji – śrubka po śrubce – ponownie złożyć w całość.

Dobry horror, niezależnie od stylu i podgatunku, wymaga współistnienia kilku elementów składowych. W debiucie Miłoszewskiego niektóre mechanizmy działają bez zarzutu, inne zaś wadliwie, a zatem rodzi się pytanie, czy te kilka usterek w stopniu znacznym psuje odbiór „Domofonu”. Ale po kolei. Zacznijmy od wymienienia elementów, które zawodzą.

Najpoważniejszym ubytkiem recenzowanej powieści jest brak naprawdę dobrej historii. Można doszukać się tu wprawdzie kilku ciekawych wątków fabularnych, a finał oferuje niezły element zaskoczenia, ale nie jest to opowieść, która usatysfakcjonowałaby bardziej wymagających i „doświadczonych” czytelników literatury grozy.

„Domofonu” nie wyróżnia także oryginalność treści. Ot, ghost story z odgrzewanymi motywami klątwy, walki z najgorszymi lękami i nienaturalnej, ożywającej ciemności rodem z „Alana Wake’a” (chociaż ten powstał oczywiście później).

Zmuszony jestem również wytknąć drugiej połowie powieści pewien spadek poziomu grozy i tajemniczości oraz przydługie opisy zmagania się przez głównych bohaterów z sennością. Nie jest to jednak problem, na który cierpi wyłącznie „Domofon”, albowiem wielokrotnie w przypadku innych pisarzy horrorów (np. Stephena Kinga) borykałem się z tym samym poczuciem wynikającym z wyjaśniania się kolejnych zagadek i coraz większym nagromadzeniem nadprzyrodzonych zjawisk.

Zamykając listę wad, napomknę o drobnych, mało istotnych gafach debiutanta, np. o opisie rozmowy telefonicznej, podczas której bohater opowieści notorycznie powtarza, co słyszy w słuchawce, byle tylko czytelnik zrozumiał, czego dotyczy konwersacja. Z kolei w finale historii dzielni protagoniści, zamiast uciekać przed spodziewaną eksplozją, w sposób prawdziwie hollywoodzki odnajdują czas na dyskusję, ujawnianie ostatnich tajemnic i podniosłe wyznania. Są to jednak potknięcia, które w żaden sposób nie wpływają na moją ocenę całości.

Chociaż powieść Miłoszewskiego zawodzi na kilku polach, na paru innych broni się bez zarzutu. Takim obszarem jest niewątpliwie kreacja postaci. Główni bohaterowie przedstawieni są w sposób zróżnicowany i uzupełniają się charakterologicznie, a przez to z łatwością możemy upatrzyć sobie przynajmniej jednego ulubieńca i śledzić jego losy do końca opowieści. Z postaci drugoplanowych na szczególną uwagę zasługuje dewotka Anna Maria Emilia Wierzbicka. Poświęcone (także wodą święconą) jej fragmenty należą do najciekawszych w książce.

Miłoszewski udowodnił ponadto, że potrafi trzymać czytelnika w napięciu, a kiedy trzeba, to napięcie błyskawicznie rozładowywać. „Domofon” co chwila raczy nas naprawdę dobrym poczuciem humoru, lecz gdy nadchodzi czas straszenia, poważnieje. Dzięki temu autor nie zamęcza nas jednolitym nastrojem, a to ważne w literaturze grozy.

Na dużą pochwałę zasługuje także język Miłoszewskiego. Jak na literacki debiut, jest lepiej niż dobrze. Bogate słownictwo, lekkość pióra, przystępny styl – to wyraźne atuty „Domofonu”.

Wreszcie najważniejsze – nastrój. Bez wątpienia jest on w powieści obecny. Może nie zawsze, może nie w równych proporcjach, ale da się go poczuć, co w horrorze jest elementem nieodzownym. Wszystko może zawodzić, ale odpowiedni klimat to podstawa utworu grozy. Na szczęście to koło zębate jest na swoim miejscu. Nie obraca się w zawrotnym tempie, ale wystarczająco szybko, aby miało się ochotę doczytać książkę do końca.

Wracając do pytania z początku recenzji – czy zalety „Domofonu” usprawiedliwiają jego wady? Myślę, że tak. Powieść mnie nie wymęczyła, utkwiło mi w głowie parę dobrych motywów, no i wciąż śmieję się na wspomnienie kilku fragmentów. Nawet gdybym nie wiedział, jaki sukces odniósł Miłoszewski, napisałbym, że ten debiut dobrze wróży autorowi na przyszłość.

Recenzja: „Zew Cthulhu” Howarda Philipa Lovecrafta

Twórczość H.P. Lovecrafta doczekała się w Polsce bardzo licznych wydań książkowych i właściwie rok w rok nowi tłumacze mierzą się z charakterystycznym językiem Samotnika z Providence, a kolejne wydawnictwa literackie układają z jego opowiadań własne kompilacje. Niektóre teksty były publikowane już wielokrotnie, a ich tytuły różnią się w zależności od tłumaczenia (np. „The Colour out of Space” był już tłumaczony jako „Kolor z przestworzy”, „Kolor z innego wszechświata” i „Kolor, który spadł z nieba”).

Trudne i żmudne byłoby recenzowanie wszystkich zbiorów opowiadań Lovecrafta, ale skoro podjąłem się napisania choć kilku recenzji, jednej książki pominąć nie mogę. „Zew Cthulhu” wydawnictwa Czytelnik z roku 1983 stanowi pierwszą i w mojej ocenie najlepszą oficjalnie wydaną w Polsce antologię twórczości Lovecrafta. Nie wiedzie ona jednak prymu wśród podobnych sobie książek z uwagi na tłumaczenie, okładkę czy sam fakt, iż jest pierwsza- i chwała jej za to. Nie. To niczym nieograniczony dobór opowiadań (wszak żadne nie zostały wcześniej w naszym kraju zebrane w jednym zbiorze) sprawia, że każdy miłośnik Lovecrafta powinien hołubić tę pozycję na swoim domowym ołtarzyku Wielkich Przedwiecznych. Tu nie ma słabych opowiadań. Nie ma nawet opowiadań gorszych. Cały zbiór od pierwszej do ostatniej strony trzyma równy, bardzo wysoki poziom, a każdy z siedmiu tekstów jest reprezentatywny dla twórczości Lovecrafta. Brak któregokolwiek z nich stanowiłby niepowetowaną stratę.

Już otwierające zbiór opowiadanie tytułowe uchodzi przecież za sztandarowe dzieło mistrza weird fiction, a sam Cthulhu za najbardziej rozpoznawalnego przedstawiciela mitologicznego panteonu lovecraftowego uniwersum, którego imię i macki na dobre wpełzły do światowej popkultury. Bądźmy szczerzy – który miłośnik horroru nie słyszał o Cthulhu?

Przyjrzyjmy się jednak dalszym opowiadaniom, z których każde ma nam do zaoferowanie nowe wymiary „niewypowiedzianej grozy”.

„Widmo nad Innsmouth” skrywa nie mniej interesującą historię co utwór tytułowy, wielokrotnie zapożyczaną na potrzeby kultury masowej, np. gry komputerowej „Zew Cthulhu: Mroczne zakątki świata” czy filmu „Dagon”. Jest to, krótko mówiąc, kawał dobrego horroru z dużą ilością akcji i z bardzo niepokojącym zakończeniem. „Kolor z przestworzy” z kolei to oryginalna i mroczna opowieść science fiction, którą nie wzgardziliby czytelnicy Ray’a Bradbury’ego. Poprzez obserwację zmian zachodzących na farmie, na terenie której spadł tajemniczy meteoryt, odczuwamy narastające napięcie i nadciągającą katastrofę. Mamy tu więc do czynienia z innym, mniej dosadnym obliczem Lovecrafta niż w pozostałych utworach „Zewu Cthulhu”.

Dwa następne opowiadania to moi osobiści faworyci. „Szepcący w ciemności” stanowi prawdopodobnie najstraszniejszą z siedmiu historii opowiadającą o żyjącej na Ziemi wysoko rozwiniętej rasie obcych ukrywającej przed ludźmi tak swoją obecność, jak i swoje prawdziwe intencje. Finał potrafi przyprawić o gęsią skórkę! Natomiast „Duch ciemności” odznacza się niesamowitym, ponurym nastrojem. Na zachętę wystarczy wspomnieć, że cała akcja toczy się wokół niedostępnego, starego kościoła, którego z niewiadomych względów lękają się wszyscy okoliczni mieszkańcy.

Ostatnie dwa opowiadania zbioru również nie rozczarowują. Na pięćdziesięciu stronach „Koszmaru w Dunwich” Lovecraft przechodzi sam siebie, opisując przywołaną na skutek plugawych rytuałów bestię z piekła rodem. Za wszystkim kryje się zaś niebanalna fabuła, więc dla miłośników twórczości Lovecrafta jest to kolejna obowiązkowa lektura. Wreszcie „Muzyka Ericha Zanna”, dla odmiany krótka opowieść, ukazuje znów to inne podejście do tematyki weird fiction, w której kluczową rolę odegra skrytość, mistyczność i niedopowiedzenie.

Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w swoim życiu. Nie jest to pozycja, którą polecam wyłącznie miłośnikom prozy Lovecrafta, lecz wszystkim czytelnikom literatury grozy. Jest to – bez dwóch zdań – zbiór opowiadań ponadczasowych, które mimo upływu kilkudziesięciu lat nie zestarzały się jakościowo ani odrobinę.

Na koniec, już na marginesie chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej zalecie recenzowanego wydania. Jest to książka z 1983 roku, więc istnieją już tylko stare, używane egzemplarze, które z rzadka znaleźć można na aukcjach internetowych, a częściej na zakurzonych półkach bibliotek i antykwariatów. Muszę przyznać, że to niesamowicie ekscytujące i nastrojowe znaleźć w jednym z tych ostatnich miejsc tę szczególną książkę, a potem zagłębić się w złowrogą treść zapisaną na jej pożółkłych kartkach. Przychodzi wręcz na myśl skojarzenie z „Necronomiconem”, którego w podobnych okolicznościach odnajdują bohaterowie Samotnika z Providence.

Recenzja: „Przypadek Charlesa Dextera Warda” Howarda Philipa Lovecrafta

Kolejną recenzowaną przeze mnie minipowieścią H. P. Lovecrafta jest „Przypadek Charlesa Dextera Warda” wydany w 2012 roku jako samodzielnie dzieło przez toruńskie wydawnictwo C&T. Utwór ten liczy 165 stron i fabularnie stanowi klasyczną (żeby nie powiedzieć „typową”) opowieść autora mitologii Cthulhu. Nie po raz pierwszy Lovecraft aplikuje czytelnikowi końską dawkę czarnej magii, rozkopanych grobów i zagadek sięgających minionych wieków.

„Przypadek Charlesa Dextera Warda” zawiera właściwie wszystkie elementy opowieści grozy, dzięki którym literatura Lovecrafta jest poczytna nawet dziś, 78 lat po jego śmierci. Jest mrocznie, niesamowicie, tragicznie, przede wszystkim zaś jest złowrogo, co w trakcie lektury potwierdza odkrycie sekretów farmy w Pawtuxet czy potwornego planu przodka tytułowego bohatera.

Pomimo wskazanych zalet, nie mogę wystawić „Przypadkowi Charlesa Dextera Warda” najwyższej noty. Jest to spowodowane jedną, znaczącą skazą, którą niestety dotknięte są liczne teksty Lovecrafta. Chodzi tu mianowicie o daleko posuniętą przewidywalność. Wszystkie tajemnice opowiadanej historii można przejrzeć na wiele rozdziałów przed momentem, gdy znajdują fabularne rozwiązanie. Co gorsza, wyjaśnienia zagadek są bardzo łopatologiczne, rażąc tym samym czytelnika, który samodzielnie zdołał dojść do prawdy. Lovecraft pragnął zaskoczyć czytelnika, lecz podając mu na tacy zbyt wiele faktów, zniweczył własne wysiłki. Zabrakło mu umiejętności ukrywania istotnych informacji między wierszami, co potrafił chociażby żyjący w tych samych czasach Arthur Conan Doyle. Zamiast tego można odnieść wrażenie, że Samotnik z Providence traktuje czytelnika jak półgłówka, który pochłania lekturę zupełnie bezrefleksyjnie i nie wyciąga żadnych wniosków z nawet najbardziej oczywistych sugestii.

Rekapitulując, wielka szkoda, że Lovecraft zaprzepaścił szansę na fantastyczne elementy zaskoczenia, które uczyniłyby „Przypadek Charlesa Dextera Warda” kompletną i ponadczasową historią grozy o niespodziewanych oraz szokujących zwrotach akcji. Oczywiście nawet bez tego waloru recenzowana minipowieść jest godna polecenia jako horror, jednak pewien żal pozostaje.

Recenzja: „W górach szaleństwa” Howarda Philipa Lovecrafta

„W górach szaleństwa” to jedno z dzieł H.P. Lovecrafta cieszących się największą popularnością wśród miłośników literatury grozy nawiązującej do mitologii Cthulhu. Nie jest to kolejny w dorobku Samotnika z Providence krótki utwór literacki, lecz minipowieść, a tych mistrz horroru napisał raptem kilka. O szerokiej sławie „W górach szaleństwa” mogą obecnie zaświadczyć długoletnie i coraz bardziej rozpaczliwe starania reżysera Guillermo del Toro o zekranizowanie tegoż dzieła, chociaż ilość przeszkód, jakie Meksykanin musi pokonać na drodze do celu, jest zatrważająca. Nie będę jednak rozpisywał się na ten temat w recenzji minipowieści, którą opieram na wydaniu książkowym „W górach szaleństwa” wydawnictwa As-Editor z 1990 roku.

W dużym skrócie fabułę „W górach szaleństwa” można opisać jako opowieść o wyprawie badawczej na Biegun Południowy zwieńczonej niesamowitym, szokującym odkryciem, za które autorom sukcesu przyszło zapłacić najwyższą cenę. W historii nie zabrakło opisów prastarych cywilizacji, wzmianek o Wielkich Przedwiecznych, a nawet motywu szalonej ucieczki przed monstrum wyjętym rodem z najgorszych koszmarów.

W recenzowanej minipowieści na największą pochwałę zasługuje realistyczny opis wyprawy na Antarktydę wraz ze wszystkimi detalami technicznymi oraz subtelnościami geograficznymi, który musiał zostać okupiony przez Lovecrafta tygodniami wertowania specjalistycznych opracowań i książek. W dobie satelitarnego, globalnego monitoringu „W górach szaleństwa” traci jednak na prawdziwości, która pierwotnie bazowała na skromnej wiedzy ludzkości o Biegunie Południowym. Tymczasem opowieść o odkryciu przez grupę badaczy na Antarktydzie dwóch pasm górskich przewyższających Himalaje wymaga od współczesnego czytelnika przymrużenia oka.

Za interesujący należy uznać również fakt, że poznawane dzieje pradawnej cywilizacji przebiegają niejako obok rasy ludzkiej, a przemycone w nich tragedie i nostalgia nie mają z nami nic wspólnego. Ludzie są w tej opowieści jedynie intruzami, świadkami pewnych zdarzeń, ewentualnie także ich przypadkowymi ofiarami.

Niestety obok tych kilku zalet zmuszony jestem wskazać względem recenzowanego utworu bardzo poważny zarzut. Podobnie jak przy okazji lektury innego rozbudowanego opowiadania Lovecrafta – „Kopca” – tak i w tym przypadku odczuwałem zmęczenie ciągnącym się bez końca opisem krajobrazu starożytnego miasta i szczegółów związanych z życiem obcej rasy, który to opis sprawdziłby się w gatunku hard science fiction, ale już nie w horrorze, do bycia którym „W górach szaleństwa” bez powodzenia pretenduje. Elementy grozy występują na początku oraz na końcu książki i są to bez wątpienia jej najlepsze fragmenty. W mojej ocenie cała środkowa część dzieła powinna zostać skondensowana do enigmatycznej esencji, która brzmiałaby i straszniej, i mniej pretensjonalnie. Taki zabieg jednocześnie oszczędziłby czytelnikowi czas na rozmyślenia, jakim cudem z najdoskonalszych nawet rzeźb główny bohater opowieści zdołał wywnioskować np. to, że Stare Istoty nie znały instytucji rodziny, albo że shoggothy mówiły językiem swoich twórców…

„W górach szaleństwa” nie jest utworem, który czyta się lekko, jednym tchem. Niedobór dialogów i nadmiar zbędnych opisów czynią go tworem poniżej oczekiwań względem minipowieści uznawanej za jedno z największych dokonań literackich Lovecrafta. Autorowi nie można odmówić wysokiego kunsztu pisarskiego, ale jeżeli miałbym ochotę sięgnąć po książkę z gatunku science fiction, wybrałbym Lema, Dicka albo Bradbury’ego. Z pewnością wśród czytelników literatury grozy znajdą się amatorzy „W górach szaleństwa”, jednak ja do nich nie należę.

Recenzja: „Królestwo cieni…” Roberta E. Howarda

Z twórczością Roberta E. Howarda zetknęli się chyba wszyscy, chociaż nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Kto bowiem nie słyszał o „Conanie Barbarzyńcy”, któremu na potrzeby serii hollywoodzkich filmów swojej twarzy i muskulatury użyczył Arnold Schwarzenegger? Oczywiście ekranizacje z lat 80-tych nie mają prawie żadnego związku z literackim pierwowzorem, lecz nie można im odmówić, iż unieśmiertelniły postać Conana w kulturze.

Mniej znanym faktem dotyczącym Howarda jest jego znajomość z H.P. Lovecraftem, która zaowocowała zaczerpnięciem przez tego pierwszego inspiracji z literackiego uniwersum Wielkich Przedwiecznych do napisania szeregu tekstów grozy z gatunku weird fiction. „Królestwo cieni i inne opowiadania z mitologii Cthulhu” to antologia właśnie takich opowiadań zebranych i wydanych przez krakowskie wydawnictwo Agharta.

Lektura recenzowanego zbioru wywołała u mnie mieszane uczucia. Wynika to głównie z jednej przyczyny, a mianowicie z umieszczenia w samym środku antologii opowiadań historyczno-fantastycznych, które wprawdzie zawierają pewne elementy grozy, ale niestety monotematyczne i zupełnie niestraszne, bo występujące w odległych czasach i odrealnionych światach. O ile jeszcze tytułowe „Królestwo cieni” intryguje katastroficzną wizją supremacji sekretnej wężowej rasy, a „Robaki Ziemi” mogą poszczycić się znakomitą kreacją wiedźmy z bagien, o tyle powielające identyczny schemat „Dzieci Nocy” i „Lud mroku” (nawet tytuły brzmią jak kalka) nie mają do zaoferowania ani ciekawej fabuły, ani niepokojącego nastroju. W ostatnim z wymienionych opowiadań pojawia się nawet osławiony Conan Barbarzyńca, jednak ratowanie tekstu przed sztampą i nudą nie idzie mu już tak dobrze jak ratowanie pięknej niewiasty przed potworami.

Przyznaję, że moje rozczarowanie środkową częścią zbioru mogło wynikać z wygórowanych oczekiwań przeczytania zbioru podobnego do jednej z licznych antologii twórczości Lovecrafta. Na szczęście większość tekstów utrzymana jest właśnie w tej konwencji, pomijając może zakodowaną w piórze Howarda skłonność do heroizacji bohaterów. W co drugim „współczesnym” opowiadaniu pojawia się nawet motyw mrocznej księgi – „Nienazwanych kultów” – która bez wątpienia powinna stać na jednej półce z „Necronomiconem” i „Królem w Żółci”.

Szczególnie przypadły mi do gustu opowiadania z początku antologii. Tuż za perwersyjnie przyciągającą „Czarną Skałą” czyha upiorny „Potwór na dachu”, a tuż po nim błyszczy kolejny jasny punkt zbioru – „Płomień Aszurbanipala”. Gdyby poziom tych opowiadań utrzymał się do końca książki, być może byłaby to najlepsza lektura, jaką czytałem w tym roku. Niestety zaraz potem rozpoczyna się wzmiankowana seria opowiadań z barbarzyńcami w rolach głównych, a gdy akcja powraca do czasów najnowszych, w dwóch trzecich przypadków można odczuć lekki zawód. Przede wszystkim „Czarny niedźwiedź gryzie” i „Kopytne monstrum” są stanowczo zbyt przewidywalne, a poziom heroizmu głównych bohaterów pasuje bardziej do Conana Barbarzyńcy niż do świadków traumatycznych zdarzeń w XX wieku. Byłbym jednak niesprawiedliwy, twierdząc, że teksty te są słabe, bo zaczynają się co najmniej interesująco. Na wyróżnienie zasługuje natomiast „Nie kopcie mi grobu”, które w niczym nie ustępuje najmroczniejszym opowieściom Lovecrafta.

Pochwalić muszę również skrupulatność wydawnictwa Agharta w doborze tekstów do antologii, gdyż zamyka ją zbiór fragmentów dzieł Howarda zawierających elementy grozy, które to dzieła albo tworzył wespół z innymi autorami, albo zaczął pisać, lecz z powodu śmierci pozostawił niedokończone. Z ogromnym żalem przeczytałem urwaną w połowie opowieść „Dom pośród dębów”, która w mojej ocenie aspirowała do miana wybornej historii weird fiction.

Kończąc recenzję, uważam, że „Królestwo cieni i inne opowiadania z mitologii Cthulhu” to zbiór dobry, ale nierówny. Dla miłośników Lovecrafta jest to bez dwóch zdań pozycja obowiązkowa; dla pozostałych czytelników horrorów – niekoniecznie.

Recenzja: „Kopiec” Z. Bishop i H.P. Lovecrafta

„Kopiec” wydawnictwa C&T to zbiór trzech opowiadań stanowiących owoc współpracy samego H.P. Lovecrafta i nieznanej szerokiemu gronu czytelników literatury grozy Zealii Bishop. Oczywiście nie jest tak, że zasiedli oni przy jednym biurku i wspólnymi siłami stworzyli trzy opowieści grozy, które w równym stopniu zawdzięczamy obojgu autorom. W istocie jedynie rdzeń tych tekstów należy przypisać Bishop, która własne, pierwotne wersje opowiadań oddała do korekty Lovecraftowi. Korekta to jednak stanowczo za mało dosadne słowo, mając na uwadze zmiany, jakie do zebranych w „Kopcu” utworów literackich wprowadził mistrz weird fiction. Myślę, że odpowiedniejszym terminem byłaby tu „przebudowa”. I tak Bishop w pewnym sensie straciła swoje teksty, bo ich faktycznym autorem widmo jest Lovecraft. To jego styl wyczuwamy, czytając każde z opowiadań, a ważne dla fabuły elementy jego słynnej mitologii sprawiają, że recenzowany zbiór spójnie wpisuje się w kanon literacki poświęcony Cthulhu i innym Przedwiecznym.

Wspólnym mianownikiem wszystkich trzech opowiadań jest klamrowa struktura oraz dychotomiczny podział akcji. Początek i koniec tekstów stanowi mianowicie fabuła „współczesna”, w której główny bohater w pewnym sensie obcuje z konsekwencjami mrocznych wydarzeń sprzed lat, natomiast środek za każdym razem zarezerwowany jest na retrospektywną opowieść stanowiącą odrębną całość fabularną, z niezależną narracją i własnymi bohaterami.

Pierwszy tekst, „Klątwa Yiga”, stanowi najkrótszy, ale też być może najbardziej reprezentatywny utwór w zbiorze. Z tytułowym „Kopcem” wiąże go przede wszystkim wątek indiański, jednak z tych dwóch tekstów to „Klątwa Yiga” ani nie nuży, ani nie męczy. Jest przede wszystkim dobrze napisany, nie przegadany, a tajemnica uwięzionej postaci, którą czytelnik poznaje już na samym początku, towarzyszy mu do ostatniej strony.

Z kolei tytułowy „Kopiec”, drugie i najdłuższe opowiadanie w zbiorze, byłoby być może zarazem najlepszym, gdyby nie niemiłosiernie dłużąca się historia pewnego Hiszpana, którą główny bohater odkrywa, czytając odnaleziony na budzącym grozę kopcu manuskrypt. Opowieść ta bardzo nieumiejętnie snuta jest wokół gatunku horroru, chociaż prędzej usatysfakcjonowałaby fanów klasycznego fantasy bądź science fiction. Wszystko, co ciekawe, jest tu „zbyt straszne, aby o tym pisać”, więc czytelnik może sobie co najwyżej dopowiedzieć nastrój grozy, którego w trakcie rozciągniętej na kilkadziesiąt stron opowieści nie czuć wcale. Oddać należy za to fabule „współczesnej”, że obfituje w niepokojące, niewytłumaczalne zjawiska, jakże charakterystyczne dla literatury weird fiction.

Żałuję jednak, że to „Kopiec”, a nie „Klątwa Yiga”, jak to miało miejsce w przypadku oryginalnego wydania „The Curse of Yig” z 1953 r., dał tytuł dla recenzowanej książki. Wątek Yiga albo węży, których Yig jest boskim patronem, występuje we wszystkich tekstach w zbiorze, dlatego „Klątwa Yiga” byłaby po prostu bardziej adekwatnym tytułem całości, odnoszącym się przy okazji do bardziej reprezentatywnego utworu literackiego.

Moim osobistym faworytem w zbiorze nie jest jednak ani „Klątwa Yiga”, ani „Kopiec”, lecz „Sploty meduzy”. Wieńczące książkę opowiadanie to horror rodem z literatury Edgara Allana Poe, w której piękna kobieta, posiadająca przerażający sekret, doprowadza do zguby swojego męża, teścia i przyjaciela. Oba wymiary fabuły – współczesny i retrospektywny – intrygują, straszą i wciągają niczym wąż połykający ofiarę.

W ostatecznym rozrachunku jestem lekturą ukontentowany. Fani Lovecrafta na pewno również nie odczują po skończeniu książki zawodu, ale jeżeli ktoś pragnie dopiero poznać świat mitologii Cthulhu, to sugeruję zacząć od bardziej znanych dzieł poświęconych tej tematyce. Tu bowiem, chociaż Wielcy Przedwieczni są wzmiankowani, nie uświadczymy macek Cthulhu, a co najwyżej wijące się ogony węży.

Kończąc krótko wywód, „Kopiec” polecam jako zbiór, natomiast ostrzegam przed środkowym opowiadaniem – kryjącym się wszak pod tym samym tytułem.

Recenzja: „Teatro Grottesco” Thomasa Ligottiego

Ostatnio pisałem o polskim zwolenniku i kontynuatorze stylu Thomasa Ligottiego, jakim niewątpliwie jest Wojciech Gunia, a zatem nadszedł czas, aby poświęcić nieco uwagi samemu mistrzowi. Amerykański pisarz grozy trafił już w poczet najwybitniejszych przedstawicieli nurtu weird fiction (zwłaszcza tzw. horroru korporacyjnego) na świecie. Zawdzięcza to m.in. unikalnemu stylowi, niebanalnej tematyce swoich dzieł oraz ich ponadprzeciętnej wartości artystycznej. Pamiętam, że gdy przed laty po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Ligottiego, byłem święcie przekonany, iż tworzył on swoje teksty w pierwszych dekadach XX w. Kiedy odkryłem, że jest to autor współczesny, nie mogłem wyjść z podziwu, z jaką swobodą udało mu się odnaleźć w światku horroru własną, niekomercyjną niszę i wyizolować się z tłumu pisarzy goniących ogon Kinga, Mastertona czy Ketchuma.

Za zbiór najlepszych opowiadań Ligottiego uznaje się „Teatro Grottesco”, wydane kilka miesięcy temu w polskim tłumaczeniu nakładem wydawnictwa Okultura. W pierwszej kolejności pozwolę sobie pochwalić iście teatralno-groteskową okładkę, która niczym plakat kameralnego spektaklu kusi czytelnika perspektywą obcowania z wysoką, lecz niszową sztuką z gatunku tragedii, przeznaczoną tylko dla wybranych, spragnionych wstrząsających, metafizycznych przeżyć. Ja również postanowiłem kupić bilet na tę sztukę, a gdy już opuściłem „Teatro Grottesco”, poczułem się bogatszy w pewne czytelnicze doświadczenia, ale i wyssany z sił.

Recenzowany zbiór opowiadań nie tylko bowiem odznacza się ciężkim nastrojem, ale sieje również pesymizm, sceptycyzm, defetyzm i nihilizm. Lektura „Teatro Grottesco” nie niesie może takiego ładunku emocjonalnego, aby zepsuć czytelnikowi dobry humor oraz skazić przerażającymi obrazami jego spokojne sny, ale nie uchroni się on przed zderzeniem z posępną, niemal namacalną atmosferą książki. Nie zawsze mroczny, ale za to każdorazowo ponury, szary jak dym z fabrycznego komina klimat opowiadań Ligottiego to mocna strona zbioru. Szarość kojarzy się co prawda z codziennością, ale w przypadku amerykańskiego autora codzienność to tylko kolejny wymiar przygniatającej rzeczywistości, która w swej groteskowości zmierza ku coraz większej abstrakcji i ku potęgującemu się surrealizmowi.

„Teatro Grottesco” jest zatem książką zarezerwowaną dla wymagających czytelników, którzy bez protestu pogodzą się z niewielką ilością akcji i zaskakujących zwrotów fabularnych na rzecz psychodelicznych wizji rzeczywistości oraz kryjących się za nimi filozoficznych refleksji.

Na koniec chciałbym zauważyć, że opowiadania zawarte w recenzowanym zbiorze, chociaż podzielone na trzy grupy, często nie są sobie równe. Tak pierwszy dział książki zatytułowany „Zaburzenia” nie tylko nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale też niezbyt przypadł mi do gustu. Wyjątek stanowi tekst „Zarządca miasta”, który w swym dystopijnym, paralelnym klimacie zasługuje na uznanie. Kolejna część zbioru – „Zdeformowania” – jest za to moją ulubioną, co zawdzięcza spójnej treści, oryginalnemu przedstawieniu uzależnionego od leków społeczeństwa oraz swoistej globalizacji grozy ukazującej całe miasto popadające w zbiorowy obłęd. Wreszcie ostatni dział książki zatytułowany „Zniszczeni i zgnębieni” zawiera opowiadania i dobre, i ledwie przeciętne. Jedynie świetny styl Ligottiego oraz zręcznie budowany przez niego nastrój jest rzeczą trwałą, obecną w każdym tekście i wyciągającą na stosowny poziom nawet te mniej udane dzieła.

Recenzja: „Powrót” Wojciecha Guni

„Powrót” Wojciecha Guni zainteresował mnie nie tylko z uwagi na to, że gatunek literacki weird fiction darzę szczególnymi względami, ale również dlatego, iż z autorem niniejszego dzieła łączy mnie pisarski debiut. Obaj bowiem po raz pierwszy publikowaliśmy swoje opowiadania na łamach tej samej antologii wydawnictwa Agharta, tj. „Po drugiej stronie”. Właśnie podczas lektury tego zbioru po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Wojciecha Guni (opowiadanie „Wojna”) i byłem nią szczerze zaintrygowany. Podobało mi się wszystko – godny pozazdroszczenia język, niebanalna fabuła, paraboliczny finał… Pamiętam, że gdy przyjaciel poprosił mnie o wybranie trzech najlepszych tekstów z antologii, wskazałem wśród nich właśnie „Wojnę”.

Mając na uwadze powyższe, gdy tylko ujrzałem na portalu CarpeNoctem, że wydawnictwo Agharta wydało debiutancką książkę Wojciecha Guni „Powrót”, kupiłem ją bez wahania. Dziś mogę już powiedzieć, że zakupu tego nie żałuję.

W trakcie lektury „Powrotu”, który stanowi zbiór zarówno rozbudowanych opowiadań, jak i bardzo skompresowanych miniatur, od razu przyszli mi na myśl dwaj autorzy. Jednym z nich był Franz Kafka, a drugim Thomas Ligotti. Ostatecznie to właśnie do stylu tego drugiego najczęściej nawiązuje Wojciech Gunia, chociaż w żadnym razie nie mam zamiaru oskarżać go o plagiat. Pomimo, że niektóre opowiadania obydwu pisarzy korespondują ze sobą nie tylko na płaszczyźnie języka czy kreacji świata, ale nawet wizji artystycznej (por. np. „Kombinat” Guni i „Czerwoną wieżę” Ligottiego), to jednak oś fabuły u każdego z autorów penetruje inne rejony ich bujnej i posępnej wyobraźni.

To, co w trakcie lektury „Powrotu” od razu zwraca uwagę czytelnika, to naszpikowany trudnymi wyrazami i rozbudowanymi refleksjami język, w którym nie raz przenika się proza i poezja, a ilość dialogów stanowczo ustępuje miejsca opisom bogatego we wszelkie odcienie szarości świata. Jak już kiedyś pisałem, co do zasady nie jestem miłośnikiem takiej stylistyki, a przynajmniej nie w tak zaawansowanej postaci. Nie lubię, gdy niemerytoryczne treści pompują mi do głowy środek usypiający, nawet jeżeli zawierają w sobie cudowne metafory i barwne porównania. Poezja odrealnia, a groza osadzona w rzeczywistości przeraża bardziej, niż ta tchnięta w baśń czy inne wyimaginowane uniwersum. Sęk w tym, że u Wojciecha Guni (podobnie zresztą jak u Thomasa Ligottiego) pewna dawka oniryzmu, melancholii oraz abstrakcyjności sprawdza się bardzo dobrze, wpisując się w koncepcję anonimowości świata, która bije z niemal każdego opowiadania.

Świat Guni z założenia ma być surrealistyczny i tylko jako taki obroni się przed zarzutami co bardziej czepialskich czytelników. Ja sam mógłbym podnieść, że każdy z narratorów kilkunastu opowiadań w „Powrocie” musi być co najmniej profesorem filologii polskiej, żeby posługiwać się tak wysmakowanym językiem, a w dodatku zapewne wszyscy ci narratorzy to jedna i ta sama osoba, bo stylu oraz poziomu ich wypowiedzi nic nie różni. Nie uczynię jednak tego, bo Wojciech Gunia wcale nie zamierza przedstawiać czytelnikowi życiorysu swoich bohaterów (chyba, że jest to kluczowe dla fabuły), ani nawet zdradzać mu ich imion. Są anonimowi, tak jak świat, w którym egzystują („żyją” to za duże słowo). Mieszkają w nienazwanych miastach, które z kolei leżą w nieokreślonych państwach. Daje to autorowi „Powrotu” swobodę w kreacji rzeczywistości, która, jakkolwiek abstrakcyjna czy wręcz groteskowa, w swej ponurej niesamowitości jest jedynym ogniwem spajającym wszystkie opowiadania w zbiorze.

Co składa się na „rzeczywistość” Wojciecha Guni? Po pierwsze, urbanistyczny krajobraz. Akcja prawie każdego z trzynastu opowiadań jest osadzona w industrialnym mieście, w którym dziewięćdziesiąt procent budynków stanowią ciasno przylegające do siebie, stare kamienice, a niebo nieodmiennie zasnute jest kłębowiskiem szarych chmur. Właśnie szarość to drugi element cechujący świat Guni. Już znakomita, symboliczna okładka zbioru opowiadań odzwierciedla monochromatyczność nastrojów w „Powrocie” i – wierzcie mi – mimo bogatego słownictwa Wojciecha Guni, nie przypominam sobie, aby chociaż raz użył słów „czerwony”, „zielony”, „niebieski” czy „żółty”. Wiąże się to z ostatnim komponentem niepowtarzalnego świata „Powrotu”, a mianowicie pesymizmem. U Wojciecha Guni nie ma szczęśliwości, a każdy pejzaż roztacza aurę zniszczenia, zepsucia, smutku i braku perspektyw. Główny bohater w większości opowiadań przemierza więc szare, przemysłowe miasta, a wszechobecny pesymizm jest tak głęboko zakorzeniony w jego głowie, że nawet nie wygląda promyków radości.

Za najlepsze opowiadania w zbiorze uważam kilka tekstów z grupy tych najbardziej fabularyzowanych – „Wezwanie”, „Wojna” oraz „Ojciec”. Parę innych wspaniale się zapowiadało („Bardzo długo była tylko ciemność”, „Powrót”, „Spisek”), ale ostatecznie trochę mnie rozczarowało. Podobnie ma się rzecz z miniaturami – są tu lepsze i gorsze. Niektóre z nich nawet bardziej niż opowiadania przypominają wiersze. Z tych ostatnich najbardziej podobał mi się „Syn”, w którym przedstawiona jest przepiękna, ale jakże smutna wizja rodzicielskiej tęsknoty. Tekst ten głęboko mnie poruszył i mogę tylko pogratulować autorowi wrażliwości.

Na koniec recenzji, na marginesie tylko dodam drobną uwagę, iż ilekroć Wojciech Gunia wspomina o świetle, zawsze dopowiada, że jest ono anemiczne. Nigdy liche, nikłe czy słabe, zawsze anemiczne. To obrazuje nieco, jak bardzo ów autor upodobał sobie budowę – do przesady wręcz – nieprzyjaznego nastroju. Świat „Powrotu” toczy choroba, która niesie wyłącznie śmierć i rozkład. Wprowadza to ciężką jak ołów atmosferę, z którą nie tylko bohaterowie opowiadań nie potrafią się uporać, ale przez którą również czytelnik nie przebrnie z łatwością. Nie jest to jednak wada, lecz przestroga dla tych, którzy lubią lekkie, przyjemne lektury. „Powrót” bez wątpienia do takich nie należy. To dzieło ambitne, w którym nie znajdziemy krztyny taniej, wymuszonej grozy, lecz odkryjemy zupełnie nowe, bardziej metafizyczne, bezcielesne źródła niepokoju, melancholii oraz strachu.

Older posts

© 2017 Marcin Knoppek

Theme by Anders NorenUp ↑