Marcin Knoppek

Time of Crows

Page 2 of 2

Garść wieści

Tym razem krótki wpis, ale zapowiadający szereg dłuższych.

Z okazji ukończenia 2/3 powieści, ogłaszam półrocze H. P. Lovecrafta, którego proza wywarła największy wpływ na fabułę, styl i formę mojej książki. Do końca 2015 r. zamierzam więc zrecenzować kilka antologii twórczości mistrza grozy, jak również parę dzieł innych autorów związanych z „mitologią Cthulhu”. Może nawet polecę jedną grę planszową…

Recenzja: „Teatro Grottesco” Thomasa Ligottiego

Ostatnio pisałem o polskim zwolenniku i kontynuatorze stylu Thomasa Ligottiego, jakim niewątpliwie jest Wojciech Gunia, a zatem nadszedł czas, aby poświęcić nieco uwagi samemu mistrzowi. Amerykański pisarz grozy trafił już w poczet najwybitniejszych przedstawicieli nurtu weird fiction (zwłaszcza tzw. horroru korporacyjnego) na świecie. Zawdzięcza to m.in. unikalnemu stylowi, niebanalnej tematyce swoich dzieł oraz ich ponadprzeciętnej wartości artystycznej. Pamiętam, że gdy przed laty po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Ligottiego, byłem święcie przekonany, iż tworzył on swoje teksty w pierwszych dekadach XX w. Kiedy odkryłem, że jest to autor współczesny, nie mogłem wyjść z podziwu, z jaką swobodą udało mu się odnaleźć w światku horroru własną, niekomercyjną niszę i wyizolować się z tłumu pisarzy goniących ogon Kinga, Mastertona czy Ketchuma.

Za zbiór najlepszych opowiadań Ligottiego uznaje się „Teatro Grottesco”, wydane kilka miesięcy temu w polskim tłumaczeniu nakładem wydawnictwa Okultura. W pierwszej kolejności pozwolę sobie pochwalić iście teatralno-groteskową okładkę, która niczym plakat kameralnego spektaklu kusi czytelnika perspektywą obcowania z wysoką, lecz niszową sztuką z gatunku tragedii, przeznaczoną tylko dla wybranych, spragnionych wstrząsających, metafizycznych przeżyć. Ja również postanowiłem kupić bilet na tę sztukę, a gdy już opuściłem „Teatro Grottesco”, poczułem się bogatszy w pewne czytelnicze doświadczenia, ale i wyssany z sił.

Recenzowany zbiór opowiadań nie tylko bowiem odznacza się ciężkim nastrojem, ale sieje również pesymizm, sceptycyzm, defetyzm i nihilizm. Lektura „Teatro Grottesco” nie niesie może takiego ładunku emocjonalnego, aby zepsuć czytelnikowi dobry humor oraz skazić przerażającymi obrazami jego spokojne sny, ale nie uchroni się on przed zderzeniem z posępną, niemal namacalną atmosferą książki. Nie zawsze mroczny, ale za to każdorazowo ponury, szary jak dym z fabrycznego komina klimat opowiadań Ligottiego to mocna strona zbioru. Szarość kojarzy się co prawda z codziennością, ale w przypadku amerykańskiego autora codzienność to tylko kolejny wymiar przygniatającej rzeczywistości, która w swej groteskowości zmierza ku coraz większej abstrakcji i ku potęgującemu się surrealizmowi.

„Teatro Grottesco” jest zatem książką zarezerwowaną dla wymagających czytelników, którzy bez protestu pogodzą się z niewielką ilością akcji i zaskakujących zwrotów fabularnych na rzecz psychodelicznych wizji rzeczywistości oraz kryjących się za nimi filozoficznych refleksji.

Na koniec chciałbym zauważyć, że opowiadania zawarte w recenzowanym zbiorze, chociaż podzielone na trzy grupy, często nie są sobie równe. Tak pierwszy dział książki zatytułowany „Zaburzenia” nie tylko nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale też niezbyt przypadł mi do gustu. Wyjątek stanowi tekst „Zarządca miasta”, który w swym dystopijnym, paralelnym klimacie zasługuje na uznanie. Kolejna część zbioru – „Zdeformowania” – jest za to moją ulubioną, co zawdzięcza spójnej treści, oryginalnemu przedstawieniu uzależnionego od leków społeczeństwa oraz swoistej globalizacji grozy ukazującej całe miasto popadające w zbiorowy obłęd. Wreszcie ostatni dział książki zatytułowany „Zniszczeni i zgnębieni” zawiera opowiadania i dobre, i ledwie przeciętne. Jedynie świetny styl Ligottiego oraz zręcznie budowany przez niego nastrój jest rzeczą trwałą, obecną w każdym tekście i wyciągającą na stosowny poziom nawet te mniej udane dzieła.

Recenzja: „Powrót” Wojciecha Guni

„Powrót” Wojciecha Guni zainteresował mnie nie tylko z uwagi na to, że gatunek literacki weird fiction darzę szczególnymi względami, ale również dlatego, iż z autorem niniejszego dzieła łączy mnie pisarski debiut. Obaj bowiem po raz pierwszy publikowaliśmy swoje opowiadania na łamach tej samej antologii wydawnictwa Agharta, tj. „Po drugiej stronie”. Właśnie podczas lektury tego zbioru po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Wojciecha Guni (opowiadanie „Wojna”) i byłem nią szczerze zaintrygowany. Podobało mi się wszystko – godny pozazdroszczenia język, niebanalna fabuła, paraboliczny finał… Pamiętam, że gdy przyjaciel poprosił mnie o wybranie trzech najlepszych tekstów z antologii, wskazałem wśród nich właśnie „Wojnę”.

Mając na uwadze powyższe, gdy tylko ujrzałem na portalu CarpeNoctem, że wydawnictwo Agharta wydało debiutancką książkę Wojciecha Guni „Powrót”, kupiłem ją bez wahania. Dziś mogę już powiedzieć, że zakupu tego nie żałuję.

W trakcie lektury „Powrotu”, który stanowi zbiór zarówno rozbudowanych opowiadań, jak i bardzo skompresowanych miniatur, od razu przyszli mi na myśl dwaj autorzy. Jednym z nich był Franz Kafka, a drugim Thomas Ligotti. Ostatecznie to właśnie do stylu tego drugiego najczęściej nawiązuje Wojciech Gunia, chociaż w żadnym razie nie mam zamiaru oskarżać go o plagiat. Pomimo, że niektóre opowiadania obydwu pisarzy korespondują ze sobą nie tylko na płaszczyźnie języka czy kreacji świata, ale nawet wizji artystycznej (por. np. „Kombinat” Guni i „Czerwoną wieżę” Ligottiego), to jednak oś fabuły u każdego z autorów penetruje inne rejony ich bujnej i posępnej wyobraźni.

To, co w trakcie lektury „Powrotu” od razu zwraca uwagę czytelnika, to naszpikowany trudnymi wyrazami i rozbudowanymi refleksjami język, w którym nie raz przenika się proza i poezja, a ilość dialogów stanowczo ustępuje miejsca opisom bogatego we wszelkie odcienie szarości świata. Jak już kiedyś pisałem, co do zasady nie jestem miłośnikiem takiej stylistyki, a przynajmniej nie w tak zaawansowanej postaci. Nie lubię, gdy niemerytoryczne treści pompują mi do głowy środek usypiający, nawet jeżeli zawierają w sobie cudowne metafory i barwne porównania. Poezja odrealnia, a groza osadzona w rzeczywistości przeraża bardziej, niż ta tchnięta w baśń czy inne wyimaginowane uniwersum. Sęk w tym, że u Wojciecha Guni (podobnie zresztą jak u Thomasa Ligottiego) pewna dawka oniryzmu, melancholii oraz abstrakcyjności sprawdza się bardzo dobrze, wpisując się w koncepcję anonimowości świata, która bije z niemal każdego opowiadania.

Świat Guni z założenia ma być surrealistyczny i tylko jako taki obroni się przed zarzutami co bardziej czepialskich czytelników. Ja sam mógłbym podnieść, że każdy z narratorów kilkunastu opowiadań w „Powrocie” musi być co najmniej profesorem filologii polskiej, żeby posługiwać się tak wysmakowanym językiem, a w dodatku zapewne wszyscy ci narratorzy to jedna i ta sama osoba, bo stylu oraz poziomu ich wypowiedzi nic nie różni. Nie uczynię jednak tego, bo Wojciech Gunia wcale nie zamierza przedstawiać czytelnikowi życiorysu swoich bohaterów (chyba, że jest to kluczowe dla fabuły), ani nawet zdradzać mu ich imion. Są anonimowi, tak jak świat, w którym egzystują („żyją” to za duże słowo). Mieszkają w nienazwanych miastach, które z kolei leżą w nieokreślonych państwach. Daje to autorowi „Powrotu” swobodę w kreacji rzeczywistości, która, jakkolwiek abstrakcyjna czy wręcz groteskowa, w swej ponurej niesamowitości jest jedynym ogniwem spajającym wszystkie opowiadania w zbiorze.

Co składa się na „rzeczywistość” Wojciecha Guni? Po pierwsze, urbanistyczny krajobraz. Akcja prawie każdego z trzynastu opowiadań jest osadzona w industrialnym mieście, w którym dziewięćdziesiąt procent budynków stanowią ciasno przylegające do siebie, stare kamienice, a niebo nieodmiennie zasnute jest kłębowiskiem szarych chmur. Właśnie szarość to drugi element cechujący świat Guni. Już znakomita, symboliczna okładka zbioru opowiadań odzwierciedla monochromatyczność nastrojów w „Powrocie” i – wierzcie mi – mimo bogatego słownictwa Wojciecha Guni, nie przypominam sobie, aby chociaż raz użył słów „czerwony”, „zielony”, „niebieski” czy „żółty”. Wiąże się to z ostatnim komponentem niepowtarzalnego świata „Powrotu”, a mianowicie pesymizmem. U Wojciecha Guni nie ma szczęśliwości, a każdy pejzaż roztacza aurę zniszczenia, zepsucia, smutku i braku perspektyw. Główny bohater w większości opowiadań przemierza więc szare, przemysłowe miasta, a wszechobecny pesymizm jest tak głęboko zakorzeniony w jego głowie, że nawet nie wygląda promyków radości.

Za najlepsze opowiadania w zbiorze uważam kilka tekstów z grupy tych najbardziej fabularyzowanych – „Wezwanie”, „Wojna” oraz „Ojciec”. Parę innych wspaniale się zapowiadało („Bardzo długo była tylko ciemność”, „Powrót”, „Spisek”), ale ostatecznie trochę mnie rozczarowało. Podobnie ma się rzecz z miniaturami – są tu lepsze i gorsze. Niektóre z nich nawet bardziej niż opowiadania przypominają wiersze. Z tych ostatnich najbardziej podobał mi się „Syn”, w którym przedstawiona jest przepiękna, ale jakże smutna wizja rodzicielskiej tęsknoty. Tekst ten głęboko mnie poruszył i mogę tylko pogratulować autorowi wrażliwości.

Na koniec recenzji, na marginesie tylko dodam drobną uwagę, iż ilekroć Wojciech Gunia wspomina o świetle, zawsze dopowiada, że jest ono anemiczne. Nigdy liche, nikłe czy słabe, zawsze anemiczne. To obrazuje nieco, jak bardzo ów autor upodobał sobie budowę – do przesady wręcz – nieprzyjaznego nastroju. Świat „Powrotu” toczy choroba, która niesie wyłącznie śmierć i rozkład. Wprowadza to ciężką jak ołów atmosferę, z którą nie tylko bohaterowie opowiadań nie potrafią się uporać, ale przez którą również czytelnik nie przebrnie z łatwością. Nie jest to jednak wada, lecz przestroga dla tych, którzy lubią lekkie, przyjemne lektury. „Powrót” bez wątpienia do takich nie należy. To dzieło ambitne, w którym nie znajdziemy krztyny taniej, wymuszonej grozy, lecz odkryjemy zupełnie nowe, bardziej metafizyczne, bezcielesne źródła niepokoju, melancholii oraz strachu.

„Zbiłem ostatniego szklanego aniołka”

Dziś świątecznie – z nowiną. Powyżej zaprezentowałem tytuł najnowszej, bożonarodzeniowej antologii wierszy wydanej w ramach poznańskich Dialogów Poetyckich, w której wśród kilkudziesięciu innych autorów miałem zaszczyt podzielić się – trochę jak opłatkiem – kilkoma własnymi utworami.

Poniżej cytuję opis antologii:

„O oczekiwaniu, Godach (od Wigilii do Trzech Króli) i tym, co każdego roku pisze ciepłem, światełkiem za oknem i powrotem do lepszego w nas i wokół, znajdziecie Państwo w 13. antologii bożonarodzeniowej. To bodaj jedyna książka w kraju, w której „pióro w pióro”, bez uprzedzeń pokoleniowych, uznani z debiutantami (M. Karaśkiewicz i G. Sobierajska-Mormol) przedwigilijnie łamią się opłatkiem i wierszem (podczas jedynego w swoim rodzaju – za sprawą o. Wojciecha Ciaka OCD – spotkania w podziemiach klasztoru oo. Karmelitów bosych w Poznaniu).

Nie tylko w tekstach M. C. Abramowicza, Z. Lechowskiego, W. Różańskiego czy T. Stirmera niemożliwe staje się możliwe – pomimo, że odeszli. W noc cudu, trzeba wierzyć, m. in. M. Bogdewicz-Wojciechowskiej, B. Hołyńskiej, L. Jóżwiak, I. Krawczyk. MChR, S. Krzyśce, E. Kulczak, A. Michałowskiemu, M. Mikos, E. Najwer, A. Nowakowskiemu, M. Pilasowi, A. Rachmajdzie OCD, J. Roszak oraz M. Ślączce, R. Ślotale, A. G. Zalewskiej, J. Żmidzińskiemu.

Chociaż już tyle razy, każdy z 40. autorów miał swoje Boże Narodzenie, kto wie czy nie właśnie teraz zdobywa się na to jedno, najszczerszej zapisane bez skreśleń wyznanie: „zwyciężasz/ choć to było tak młodo i dawno/ a ja nie potrafię odnaleźć tej siły/ nawet w o wiele lepszym z czasów” (M. Knoppek).

Zbiłem ostatniego szklanego aniołka – antologia, Wydawnictwo Flos Carmeli, Poznań 2014.

as”

Recenzja: „Czarna bezgwiezdna noc” Stephena Kinga

Jak nieraz wspominałem, Stephen King jest moim literackim guru. Mam tu na myśli nie tyle jego bogatą wyobraźnię czy niekwestionowaną pozycję współczesnego mistrza horroru, co styl – „pióro”, jakim się posługuje. Ktoś zapyta: „A on w ogóle ma jakiś styl? Nic w jego języku nie przykuło mojej uwagi”. Odpowiem: „No właśnie!”. Moim zdaniem (z czym można się nie zgadzać) o doskonałym warsztacie pisarza wcale nie świadczy umiejętność zachwycenia czytelnika słowem pisanym (tak jest w przypadku poetów), lecz takie formułowanie zdań, by – przez kontemplację stylu autora tekstu – czytelnik ani przez moment nie odbiegał myślami od fabuły. Nie przestawał chłonąć treści dzieła, w którym (w magiczny, znany tylko Kingowi sposób) każdy nieistotny detal opisany jest ciekawie i z pomysłem. Język literacki jest więc tylko narzędziem mającym na celu snucie opowieści w taki sposób, by jak najlepiej oddać jej dynamikę, nastrój oraz inne szczególne walory. Uniknięcie przerostu formy nad treścią wymaga od pisarza tego, aby stał się przeźroczystym duchem stojącym za swoim dziełem i nie ujawniał się w trakcie lektury poprzez nagłe erupcje stylistycznego geniuszu, które przyćmią część merytoryczną i posłużą zwykłemu popisaniu się sprawnością językową. Stephen King nie chełpi się bez potrzeby bogatym słownictwem, a błyskotliwe metafory pozostawia raczej w domenie poetów. Pisze tak, by pierwszy plan zawsze wypełniała czysta esencja wciągającej fabuły, a dopiero dalej – w cieniu – stał on sam.

Ostatnio wpadła mi w ręce książka Kinga z 2010 r. „Czarna bezgwiezdna noc” wydawnictwa Albatros. Jest to zbiór czterech rozbudowanych opowiadań, których tematem przewodnim jest „ciemna strona każdego z nas”. Banalne? Niby tak – niech mi ktoś pokaże chociaż jedną powieść Kinga w całej jego karierze, w której nie występuje bohater ukazujący swoje złe, niegodziwe oblicze. A jednak nie mogę mieć do Króla Horrorów o nic pretensji, gdyż poprawnie zrobił to, co wychodzi mu najlepiej – napisał cztery dobre (nie wybitne!), mroczne opowieści, a w trakcie lektury każdej z nich przynajmniej jeden element oceniłem jako „mistrzostwo świata”.

Pierwsze opowiadanie, „1922”, z całej czwórki wywarło na mnie największe wrażenie. Z pewnością najbardziej przejąłem się losami głównego bohatera. Ba, przejąłem się nawet jego finansami (chyba tylko King potrafi zainteresować czytelnika czymś takim). Gatunkowo „1922” to zupełne novum. Pokusiłbym się nawet o określenie „horror- moralitet”, gdyż niczym u braci Grimm w makabrycznej historii kryje się przesłanie. Z jednej strony czytamy o naturalistycznym morderstwie żony farmera oraz o koszmarnych perypetiach związanych z ukrywaniem jej zwłok, z drugiej zaś strony o upadku całego świata mordercy jako konsekwencji jego czynu. To właśnie nadzwyczaj ambitny sposób przedstawienia tej historii jako ciągu nieszczęść, które za karę spotykają sprawcę zbrodni, jest dla mnie mistrzostwem świata.

Kolejne opowiadanie, które z uwagi na długość można określić mianem minipowieści, nosi tytuł „Wielki kierowca”. Opowiada o niegdyś prostolinijnej pisarce (niebywałe zaskoczenie w literaturze Kinga, prawda?), która z pewnych przyczyn ulega przemianie w nieco szaloną, planującą zbrodnię mścicielkę. Tym razem w ogóle nie mamy do czynienia z horrorem, lecz z psychologicznym kryminałem, którego główną osią staje się opis wewnętrznych przeżyć bohaterki oraz w konsekwencji jej mentalna metamorfoza. „Wielki kierowca” to tekst stanowczo zbyt rozwlekły, a przez to dłużący się, ale jeden jego motyw wprawił mnie w szczery zachwyt. Mam tu na myśli dialogi, jakie główna bohaterka prowadzi ze swoim kotem, z GPS-em, z postacią wyjętą ze swoich książek i nie tylko. W ten sposób minipowieść, w której przez większą część akcji występuje tylko jeden samotny bohater, wypełniona jest dialogami. Mistrzostwo świata.

Trzeci tekst swoją stosunkowo krótką formą i konstrukcją fabularną najbardziej przypomina typową nowelę. Nosi tytuł „Dobry interes”, chociaż z dobrem w ujęciu aksjologicznym nie ma nic wspólnego. Dotyka on klasycznego motywu literackiego, jakim jest pakt z diabłem. Co ciekawe, w zamian za przedłużenie życia chory na raka bohater nie zaprzedaje szatanowi swojej duszy (chociaż kto wie?), tylko płaci mu pieniędzmi oraz… nazwijmy to wyrzutami sumienia. Musi bowiem wskazać znienawidzoną osobę, której życie – dla zachowania równowagi w przyrodzie – ma ulec zepsuciu. I tak przez całą nowelę śledzimy losy szczęśliwego beneficjenta piekielnych usług oraz wytypowanego przez niego kozła ofiarnego. Nie jest to jednak „horror- moralitet”, o którym pisałem przy omawianiu noweli „1922”, gdyż brakuje tu zwrotu akcji, w którym główny bohater wyraźnie pożałowałby paktowania z diabłem. Przeciwnie, do samego końca jest przekonany, że ubił dobry interes. Czy to dobrze, czy źle – mam mieszane uczucia, ale nie można odmówić tej koncepcji oryginalności względem klasycznego dzieła, jakim jest „Faust” Goethego. Najbardziej świeżym i niesztampowym pomysłem Kinga w tym opowiadaniu jest bez wątpienia kreacja samego diabła. W literaturze najbliżej jej chyba do Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa. U Kinga szatan jest jednak biznesmenem, który chce jedynie dobić targu. Jego opis zmienia się w trakcie tekstu, wskazując na to, że chłonie coraz to nowe nieszczęścia swoich konsumentów, którymi emanuje jak uran promieniowaniem. Z początku diabeł wydaje się zwykłym, nieco zwariowanym kupcem, ale z każdą kolejną przewróconą stroną budzi coraz większy respekt i grozę. Oryginalna koncepcja. To właśnie postać piekielnego sprzedawcy przedłużeń (przedłuża życie, płynność finansową, a także inne rzeczy, które nabywca chciałby mieć dłuższe…) jest dla mnie mistrzostwem świata.

„Czarną bezgwiezdną noc” wieńczy opowiadanie „Dobrane małżeństwo”. Ów mix dramatu i thrillera okazał się wartościowym materiałem na film i w tym miesiącu miała miejsce jego światowa premiera. Ekranizacji jeszcze nie widziałem, ale przy okazji chętnie skuszę się na seans. „Dobrane małżeństwo” jest bowiem tekstem bardzo udanym, w którym nie zabrakło krwawych zbrodni, trudnych moralnie wyborów oraz odkrywania tajemnic najbliższej osoby. Na wzmiankę zasługuje przewijająca się przez całe opowiadanie refleksja dotycząca drugiego, mroczniejszego świata kryjącego się za lustrem, którą – z uwagi na jej uniwersalny charakter oraz tematykę zbioru („ciemna strona każdego z nas”) – można by odnieść do wszystkich czterech tekstów. Jednak to nie ta myśl zrobiła na mnie największe wrażenie, ale kreacja głównych bohaterów. Stojąca w obliczu przerażającego odkrycia żona, fantastycznie psychopatyczny mąż oraz emerytowany detektyw, któremu zawdzięczamy jedną z najlepszych trzymających w napięciu scen w książce (chociaż w „1922” rozgrywa się bardzo podobna scena z udziałem szeryfa). Wszyscy razem zdobywają mistrzostwo świata.

Chociaż spodziewałem się czterech horrorów, a przeczytałem cztery dramaty z elementami kryminału, nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziony. Nie jest to może „Fantastyczna Czwórka”, ale „Czarna bezgwiezdna noc” to pozycja – jak na ten gatunek – ambitna i na wysokim poziomie, zatem wymagający czytelnicy również nie powinni odczuć po lekturze rozczarowania. Brakuje tu wprawdzie nieco wyrazistszych finałów i zaskakujących zwrotów akcji, ale najważniejsze wydaje mi się to, iż Stephen King (pomimo częstotliwości, w jakiej pisze) wciąż ma na siebie pomysł i nie zapełnia swoich książek tekstami wtórnymi, które nie mają do zaoferowania nic wartego uwagi. Wbrew tytułowi „Czarna bezgwiezdna noc” posiada liczne jasne punkty, a ilość skaz książki jest proporcjonalnie dużo mniejsza. Polecam.

Recenzja: „Król w Żółci” Roberta Chambersa

„Król w Żółci”, będący przedmiotem niniejszej recenzji, nie jest oryginalnym zbiorem opowiadań pod tym tytułem, lecz kompilacją dokonaną przez wydawnictwo C&T i obejmującą wybrane dzieła grozy jednego z prekursorów literatury weird fiction Roberta Chambersa. Książkę tę przeczytałem kilka miesięcy temu zachęcany do lektury przez wiele różnych źródeł. Po pierwsze i najważniejsze, przez (skądinąd bardzo udany) serial kryminalny „True Detective”. Jego mroczny nastrój zawdzięczamy m.in. tajemniczym wzmiankom o Królu w Żółci, Carcosie czy czarnych gwiazdach wyjętych prosto z literatury Chambersa. I chociaż serial nie zgłębia treści książki w takim stopniu, jaki bym sobie życzył, to głód poznania najbardziej znanego dzieła tego pisarza rósł we mnie z każdym obejrzanym odcinkiem.

Po drugie, wyczytałem swego czasu, że „Król w Żółci”, który stanowi tytuł fikcyjnej, straszliwej sztuki występującej w prozie Chambersa, zainspirował H.P. Lovecrafta – jednego z moich ulubionych autorów literatury grozy – do wymyślenia jakże znanego miłośnikom gatunku „Necronomiconu” (później co prawda natrafiłem na informację, że Lovecraft swoją własną mroczną księgę opisał zanim poznał „Króla w Żółci”, ale nie zmienia to faktu, iż całkiem często można zaobserwować w jego tekstach inspirację „mitologią” Chambersa).

Wreszcie, gdy na serwisie CarpeNoctem.pl ujrzałem zapowiedź wydania „Króla w Żółci” przez wydawnictwo C&T, coś tak banalnego jak okładka książki przekonała mnie do natychmiastowego złożenia zamówienia. Cokolwiek bowiem ilustrowała ta tajemnicza postać w żółtych łachmanach i koronie, nie mogło to być nieciekawe lub błahe. I nie było.

„Króla w Żółci”, jako zbiór opowiadań, podzielić można na dwie części. Pierwsza z nich obejmuje cztery teksty literackie pochodzące z oryginalnego „The King in Yellow” wydanego w 1895 r. Łączy je motyw przerażającej i owianej aurą tajemniczości sztuki, której samo pojawienie się na półce w czyimś domu zwiastuje nieszczęście. Omawianie wszystkich tych opowiadań po kolei mijałoby się z celem, gdyż żadne z nich nie jest wyraźnie słabsze od pozostałych, za to razem tworzą pewną integralną całość, mogącą wprawić czytelnika w nastrój niepokoju i ponurej zadumy. Pozwolę sobie jednak na wyróżnienie pierwszego z tych tekstów – noszącego dość dziwaczny tytuł: „Naprawiacz reputacji” – jako że dawno nie natrafiłem w żadnej książce na tak imponujący warsztat literacki w prezentowaniu psychiki głównego bohatera. Bardzo mnie kusi, aby napisać na ten temat coś więcej, ale wolę nie psuć nikomu efektu zaskoczenia.

Druga umowna część „Króla w Żółci” obejmuje trzy opowiadania nie pochodzące z oryginalnego zbioru „The King in Yellow”. Nie wiąże już ich ze sobą żadna mroczna sztuka, a jedynie nieodłączny nastrój grozy, który – ku mojemu zdziwieniu – nie ustępuje wcale poziomowi straszności z pierwszych czterech opowiadań. Najdłuższy z tych tekstów nosi tytuł „Księżycowy Starzec”, w którym na przestrzeni kilkudziesięciu stron Robert Chambers zdolny był wykreować całe uniwersum dla historii weird fiction. Potencjał pomysłów jest tak duży, że na tej podstawie można by zapełnić jeszcze kilkaset kolejnych stron i wydać całość jako powieść. Wadą tego tekstu jest natomiast nieco dłużący się początek i nazbyt dynamiczny koniec, co nie wpływa jednak na moją bardzo pozytywną ocenę dzieła. Na wysoką notę zasługuje także opowiadanie pt. „Posłaniec”, w którym Chambers umiejętnie miesza rzeczywistość z fikcją i straszy czytelnika intrygującą postacią Czarnego Księdza. Z całej książki najsłabiej wypada wieńczący ją „Miły wieczór”, który jest zwyczajnie przewidywalny i wtórny.

Podsumowując recenzję, „Król w Żółci” nie jest książką, którą poleciłbym wyłącznie miłośnikom Lovecrafta, Ligottiego czy Poego. Jest to ponadczasowy zbiór opowiadań broniący się jako lektura wciągająca, nastrojowa i momentami straszna, w dodatku napisana świetnym językiem oraz wzbogacona elementami dramatu i poezji. Co tu więcej mówić? Z całego serca polecam.

„Im bliżej jesteś światła…”

„…tym głębszy rzucasz cień”.

Cytat ten pochodzi z mojego nowego projektu literackiego i oddaje jego treść całkiem dosłownie. Zamierzam bowiem nie tylko opowiedzieć o mrocznej naturze ludzi światłych, ale również odwrócić do góry nogami jedną z najstarszych i najpopularniejszych w horrorach fobii, a więc lęk przed ciemnością. Sam pomysł na fabułę inspirowany jest literaturą weird fiction, szczególnie prozą H.P. Lovecrafta oraz Roberta Chambersa.

Wytłumaczę jeszcze, dlaczego wciąż piszę o „projekcie literackim”, a nie o konkretnej formie utworu prozatorskiego. Będzie to bowiem z jednej strony powieść, gdyż całość opowiadać ma jedną, spójną historię, z drugiej zaś strony zbiór opowiadań, ponieważ każdy rozdział stanowić ma jednocześnie samodzielną, do pewnego stopnia niezależną od pozostałych opowieść. Czytelnicy ocenią, czy to dobry pomysł. Całość obejmować ma dziesięć części (rozdziałów/opowiadań). Pierwsza z nich już powstała, a ja zabieram się za drugą.

Oprócz dzielenia się informacjami o mojej twórczości, chciałbym na niniejszej stronie recenzować krótko przeczytane książki – ze szczególnym uwzględnieniem tych, które są dla mnie inspiracją, wywarły na mnie wrażenie bądź wiążą się gatunkowo z moją własną prozą. Postaram się przynajmniej raz w miesiącu poświęcić na ten cel trochę czasu. Pierwsza recenzja już wkrótce.

Przedmowa – otwarcie strony

Na wstępie chciałbym przede wszystkim podziękować wspaniałej przyjaciółce, Celinie Annie Zygarłowskiej, która wiele pracy włożyła w budowę niniejszej strony. Jestem Ci naprawdę bardzo wdzięczny.

Począwszy od dnia dzisiejszego, zamierzam skrupulatnie dzielić się na stronie informacjami dotyczącymi moich artystycznych planów oraz postępu w pracach nad poszczególnymi projektami. Planuję też regularnie powiększać dostępny tu zasób opowiadań, wierszy i utworów muzycznych mojego autorstwa.

Od razu zdradzę, że niedawno rozpocząłem prace nad nowym projektem literackim. Wkrótce ujawnię więcej szczegółów.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierają i interesują się moją twórczością!

Newer posts »

© 2017 Marcin Knoppek

Theme by Anders NorenUp ↑