buttonPoniżej przedstawiam nigdy nie publikowany tomik wierszy – tuż tuż:

 

tup tup

przez korytarz
z maleńkości
mniej niezdarnie
a jednak
ostrożniej

przeprawa

na drugi brzeg dokołyszą
zaprzęgnięte do dziobu fale
kurs na port
pływający w słodkiej szancie
sto srebrników w morzu
w niebie
nie ma latarni – nie potrzeba
wystarczą przymknięte drzwi sypialni

dzieci, dzieci

jak piórka
strzępi wiatr
oho, zimny prysznic
jesienny

muszą poznać
glinę ludzkich ciał
i serc

perspektywy

dziecko potrafi zadać kłam tęczy
znak zapytania poprzedza ciszę

bo o tym tylko
marmur
po drugiej stronie snuje opowieść

dla jednych
śmierć –
abecadło, sznurówki
dla innych
fragment gazety i sen

wiosna zegarmistrza

zatrzymam czas
zsynchronizuję się z niebem
wezmę na poprawkę
jaskółkę wśród drzew

potwór

fetor i kroki
przetaczają się w ciemnym mroku
konfrontację odwleka kołdra
wreszcie mama
nie zaprzecza, że potwór

nie lubię bocianów

czy będziecie mnie kochać
mniej?
czy macie dość
miejsca?

niemiś

nie może się kurzyć
a jeśli pokochasz
to sprawi ci ból
nie on…
wybrałeś już imię?

przystopy

tańczę, patrzę, nie ma
tańczę, patrzę, jest
patrzy, tańczę, znika
widownia oprócz niej

w bieli

kiedyś pozdrowię was wszystkich z raju
a teraz potrząśnięciem rąk
rzucę na kolana

pod mirabelką

prawo kija daje i zabiera
kreśli w piasku plany wojenne
szykujcie amunicję, panowie
tu chodzi o śmietnik i trzepak

szkolna łafka

lekcja historii

B + M
cała matma, z jaką się liczy

gdzieś przy samym krańcu blatu
cała biola ;)

wśród swoich

gryziesz trawę z plastiku
na zgięciach parzy błoto
wieczorem zmyjesz epitet z godności
i nazajutrz sam kogoś znajdziesz

karuzela

zakręć mną, zakręć!
niech się rozmaże

gniazdo

wiją się drogi do domów
kuszą portale i wrota
a ja zawsze zbaczam
przy róży

nieszczęśliwa

nadal w moim oku
nawet świta coś
przetrzyj
a ja dalej
a to głębiej

pożegnanie anioła

kraniec świata
za załamaniem tylko
przestrzeń bez zabezpieczeń
i pytanie
czy jeśli nie wyrosną skrzydła…

mętnie nie patrzę z ukrycia

ledwo mnie widzisz
taki jestem drobny
mógłbym utopić się
w kieliszku

uroda Empirii

być panem świata
wszystkiego po trochu
w zmysłowym transie

przebudzenie jest obce
z sercem na kredyt
tak rodzi się
dorosłość

lato zegarmistrza

czas płynie
uciekam
ucieka
płynę
byle pod prąd
byle nie ulec

dom

ciemne zakamarki
odzyskują blask
nowe echo szaleństw
odbija się od ścian
zegar szybciej tyka
będzie jeszcze raz
nakręcał w środku nocy
nastawiał w środku dnia

posłuchaj

nie bądź jak ci hałaśliwi
głodny zrywów i skandali
szukaj ładu
pokój światu
przeżuj słodkie obietnice
odrzuć rady zahukanych
ufnych tylko sobie samym
wiernych brakom ideałów
idealizujących zawiść
ucz się od wzorowych synów
matki ziemi
i pradziadów
dbaj o pamięć
miłość bliskich
wspieraj słabych
szanuj wszystkich
spraw by każda chwila życia
miała sens

i uśmiechaj się
maluszku

południe

posadzę drzewo
między wschodem a zachodem
będzie miało dużo słońca
a ty zostań w domu z małym
i tak dziś nie pomożesz

park

chcemy być tu z tobą
rozpoznawać ptaki
patrzeć jak sam w końcu
obrastasz piórami

bez wyboru

płyń diabelska galero
rozwiń prędkość ponad miarę

coraz więcej nas – niewybornych
trzeba przykuć do stanowisk
poić czarnym jadem

wiosła są wieczne

kapitał uczuć

wiem, że syczy jej do ucha
jak przewalutować miłość
czasem łypią spod jej powiek
gadzie ślepia

ta chwila

najpierw błyska, uderza, lecz
nagle odchodzi
dopiero z mocą grzmotu wstrząsa
myśl:
wszystko jest etapem
tylko nie bez końca

lęk przed

każdy sygnał przybliża do strachu
choć ma tysiąc nieszkodliwych znaczeń
a ja już słyszę przy uchu
syrenę alarmową

nie dość

pamiętasz to wtedy?
mało wystarczyło
już przed początkiem wierzyłem
gdy mówiłaś tak
nie myślałem, że nie

czasami rodzina

orzeł ze ściany
rozerwie na strzępy
już nie nasze
moje twoje
zostawi blizny
dziwnie znajome

jesień zegarmistrza

tik tak tik tak
a gdyby tak…
tik tak tik

prawa

coraz mniej
mnie w tobie
wiem, że tak musi być
ale
mam chyba prawo patrzeć przez okno

matka

nawet gdy cię najpierw proszę
a potem tylko ja dziękuję
zamykam szczęśliwsza

zachód

wieżowiec płonie
z okien skaczą
nieprzerwanie
półognie półcienie

aż zachód zgaśnie

i dotrze do mnie
że to tylko refleks
któregoś tam wtorku

pociecha

gdybyś pamiętała
jak wiele i bardzo
nie ciążyłabym tyle
w twoich płochych spojrzeniach

znowu uciekasz?

stary sad

kiedyś rósł tu grzech na grzechu
robaczywy znaczy zdrowy
dziś jak ten asceta
karmię tylko wspomnienia

czasem wiatr roztrząśnie problem
przemijania

post scriptum

powinienem był go wysłać
dwadzieścia lat temu
ale dziś jest za późno
już tylko na westchnienia

maligna

weź go – szwajcarski
przetop
na minuty i godziny
chcę odzyskać choć dzień
ze zmarnowanych

za blisko do już

już tuż
tuż już

zima zegarmistrza

kurzy się
zegar – mistrz
już nie wskazuje
jak żyć

znów jak dziecko
jestem wolny

nad kartką papieru

zapiszę ci rodzinny album
i pagony, którym winien jesteś cześć
weź też pięć klaserów znaczków –
to dorobek wielu lat

wreszcie książki –
nie starzeją się słowa
czytałem je w twoim wieku i zobacz

a ty i tak powiesz
biedak nic mi nie zostawił

powrót

tak chciałoby się żyć
a nie naprawiać głupoty
chuligana z podwórka
kochanka mężatki
ojca bez głowy do dzieci

ale wymagasz od starca
kroku wstecz

spotkanie

dzisiaj
bylibyśmy diamentowi
biały płomień – może być?

wkrótce znowu się spotkamy
w tym ostatnim deja vu
gdy przelatuje

moja kolej

wyruszam w podróż
chyba sobie zasłużyłem
moja kolej
odjeżdża niedługo
nie smuć się
będę czekać
tam

tylko groteska

puk puk

kto tam?

zaszczękało

do końca

koniec końców
muszę trwać
ponad czasem
czasem w czasie
zasłuchany w tykanie zegarów

płoniemy

zamknęły się oczy
jednego z ostatnich
rozwarły na nowo
na wiosnę
by miały gdzie osiąść
jak dwie gwiazdki szronu
iskierki co kiedyś
zagasną