buttonOpowiadanie zdobyło nagrodę w konkursie Duchy 2012 organizowanym przez serwis Nowa Fantastyka.


 

– Witajcie w Zającach – oznajmił uroczyście Adam, przyhamowując delikatnie samochód i pozwalając żonie i przyjaciołom nacieszyć oczy widokiem gęsto upstrzonego łąkami lasu. Wrześniowe słońce wzeszło tego dnia wyjątkowo gorące i zdobiło nie tylko korony drzew, ale również taflę jeziora leżącego raptem kilkanaście metrów od drogi. Kwitnące na poboczu kobierce wrzosów zakłócały subtelną monotonię barw.

– Pięknie tu – stwierdziła siedząca na tylnym siedzeniu Helena, zostawiając na szybie odciski palców i czoła.

– Fakt, moje gratulacje – Marek podzielił entuzjazm narzeczonej i przylgnął do niej, żeby wspólnie mogli podziwiać leśny krajobraz.

– Dziękujemy – rozpromieniła się Agata – ale pamiętajcie, że nie kupiliśmy całych Zająców, tylko ruinę w ich głębi. Zanim zamienimy to wszystko w ośrodek wypoczynkowy miną lata. Czeka nas maksymalnie ciężka praca i dużo wyrzeczeń, więc na razie naprawdę nie ma czego zazdrościć. Tylko trzymać kciuki, żeby wszystko poszło po naszej myśli. Grunt, że jesteśmy na to wyzwanie gotowi, co nie, skarbie?

Adam pokiwał z przekonaniem głową. Pękał z dumy. Nie mogli wybrać lepszego miejsca. Bajkowa nazwa okolicy w pełni oddawała jej magiczny nastrój. Brakowało tylko kicających dookoła szaraków.

Dodał gazu.

Im bardziej droga oddalała się od jeziora, wiodąc głębiej w las, tym zdawała się być rzadziej uczęszczana. Co kilka metrów podwozie samochodu drapały drobne topolki, wyrosłe śmiało na zapomnianym szlaku. Przez opuszczone w aucie szyby wkradały się do środka kłujące gałęzie zarastających drogę krzewów. Z nadrzewnych kryjówek szczebiotały ptaki.

Zerwał się wiatr.

 

* * *

 

Czas zrujnował tętniący niegdyś życiem dwór, zaś otoczony pokruszonym murem ogród pochłonęła puszcza. Odpadający ze ścian piętrowego domu tynk obnażał gdzieniegdzie warstwę cegieł. Dach zdemolowały rosłe gałęzie, a w pustych oknach zamieszkała ciemność. Aura przemijania była niemal namacalna.

– I jak wam się podoba? – Adam błysnął zębami, gdy już wszyscy opuścili samochód.

– Awesome – zaintonował po angielsku Marek. – Aż żal wyburzać. Nie da rady tego wyremontować?

Agata zagwizdała.

– Wszystko się da, ale to by kosztowało majątek. Ten dwór lada dzień może się zawalić. Taniej postawić nowy, elegancki ośrodek. I tak bez kredytów się nie obędzie.

– Ale damy radę! – zawołał z przekonaniem Adam i ucałował żonę w policzek. Kochał ją za to, jak twardo potrafiła stąpać po ziemi. Taka kobieta to skarb, pomyślał i skinął głową do przyjaciół – To co, ciekawi, jak wygląda w środku?

– No, ba! – odparł Marek. – Może znajdziemy jakiegoś trupa…

– Na pewno chcemy tam wchodzić? – odezwała się milcząca od pewnego czasu Helena. W jej głosie dźwięczała nuta niepokoju.

– Oj, daj spokój – stwierdził jej narzeczony. – Trup krzywdy nie zrobi.

Obaj mężczyźni zachichotali. Agata pokręciła głową i zwróciła się troskliwie do młodszej przyjaciółki:

– Nie martw się, Helenka, my już tam byliśmy wcześniej. Dwór stoi pusty od lat. Chyba nawet myszy tam nie ma. A przynajmniej my żadnej nie widzieliśmy, prawda, Adam?

– Prawda. Chodź, Helena, naprawdę nie ma się czego bać.

Dziewczyna pokiwała niechętnie głową, podążając za przyjaciółmi na ganek dworu. Dookoła bzyczały owady, poukrywane w gąszczu krzewów. Szarpane wiatrem drzewa rozpychały się wzdłuż muru, który porastał przekwitający już bluszcz. W zapuszczonej trawie ginęły cegły, dachówki i odłamki rozsypującego się muru.

Drzwi do dworu były przymknięte.

– Dziwne – skomentował Adam. – Nie zamykaliśmy na klucz?

– Nie pamiętam. – Agata pchnęła drzwi. – Ty zamy…

Krzyknęła z przerażenia. Z podłogi po przeciwległej stronie pomieszczenia wpatrywały się w nią srebrne jak dwa księżyce ślepia.

Adam bez zastanowienia wybiegł przed swoją żonę, błyskawicznie rozpoznając zagrożenie. Dorosły, czarny owczarek jakby przyjmując wyzwanie podniósł się z podartego legowiska i warknął.

– Spokój, Cień – usłyszeli starczy, ochrypły głos. Pies raz jeszcze kłapnął zębami i ucichł. Ostatni raz łypnął groźnie na przybyszów i poczłapał niechętnie w głąb dworu. Po zakurzonej podłodze wlókł za sobą zmatowiałą skórzaną smycz.

– Matko, jak się przestraszyłam. – Agata trzymała się za serce i głęboko oddychała.

– My też – stwierdził Marek. – Tak nagle krzyknęłaś… Ktoś jest we dworze.

– Chodźmy to sprawdzić – zakomenderował Adam i nie tracąc z oczu srebrnookiego owczarka, podążył jego śladem. Chciał się dowiedzieć, kto bezprawnie wtargnął na ich posesję, choć podejrzewał, że to jakiś bezdomny przenocował w posiadłości i będą zmuszeni go delikatnie, aczkolwiek stanowczo wyrzucić.

Dwór od środka nie prezentował się okazalej niż na zewnątrz, nawet w niegdyś reprezentacyjnej bawialni. Ze ścian zeszła farba, a podłogę pokrywała gruba warstwa gruzu, tynku i kurzu. Stare meble, które w dobrym stanie byłyby warte małą fortunę, zniszczyła wilgoć i skrajne temperatury. Zatęchłe powietrze zdradzało obecność zgnilizny i grzyba.

Pies zatrzymał się w dalszej części izby, przy zabytkowym fotelu, na którym siedział starszy mężczyzna. Nieznajomy ubrany był skromnie – w pomięty prochowiec i sztruksowe spodnie – lecz nie wyglądał na bezdomnego. Nosił ciemne okulary, a tuż obok niego spoczywała drewniana laska.

Początkowo wrogie nastawienie Adama musiało ustąpić estymie należnej osobie w podeszłym wieku, jak również niewidomemu, którym wydawał się być starzec.

– Dzień dobry – przerwał ciszę Adam. – Może pan nie wie, ale od tygodnia ten dwór należy do mnie i do mojej żony.

– Dzień dobry. Wiem o tym doskonale. – Starzec nie poruszył się ani o centymetr. Opierał nieruchomo głowę o oparcie fotela, a z jego twarzy nie można było niczego wyczytać. – Dlatego tu jestem. Chciałem z państwem porozmawiać.

Pomarszczoną dłonią niewidomy wymacał smycz oraz laskę i podniósł się z fotela. Nawet nie stęknął przy tym z wysiłku. Gdy wyprostował przygarbione plecy, okazało się, że w pomieszczeniu jedynie Marek był od niego wyższy. Pomimo swojej siły i prostej sylwetki, starzec był wyraźnie wychudzony.

Adam rzucił przelotne spojrzenie groźnie wyglądającemu psu. Dopiero wtedy stwierdził, że owczarek nie był zupełnie czarny. Na jego połyskującej smoliście sierści malowały się wyraźne pasy siwizny. W psiej mierze musiał był niemal rówieśnikiem swojego pana.

– O czym? – spytał nieznajomego.

Na dotąd niewzruszonej twarzy starca wykwitł serdeczny uśmiech.

– O dworze, w którym się znajdujemy, a który nieopatrznie państwu sprzedano. Jak mniemam, szanowna małżonka panu dziś towarzyszy?

– Jestem tutaj – odezwała się wyrwana z zadumy Agata. – Jak to „nieopatrznie sprzedano”?

– Spieszę z wyjaśnieniem. Otóż, gmina rozporządziła dworem jak swoją własnością. Tymczasem od wieków należy on do spadkobierców rodu Morawskich. Sami państwo rozumiecie, że musiała zajść jakaś pomyłka.

Adam zmrużył gniewnie oczy.

– Sprzedaż przebiegła prawidłowo. Już się dokonała. Jesteśmy w dobrej wierze, wszelkie reklamacje proszę zgłaszać do urzędu gminy.

Uśmiech starca zastąpił grymas zasępienia, choć ciemne okulary uniemożliwiały odczytanie wszystkich emocji.

– Zresztą – ciągnął Adam – dwór stoi od lat pusty, więc ci spadkobiercy jakoś nie kwapią się, by tu zamieszkać.

– Co nie znaczy, że się tym miejscem nie interesują. Mogę wiedzieć, co planują państwo z nowym nabytkiem uczynić?

– Wyburzymy go – odparł z zamierzoną dosadnością Adam.

– Nie wolno wam – podniósł głos niewidomy, aż jego pies-przewodnik zastrzygł uszami, łowiąc dźwięki. – To piękny dwór, tylko podniszczony. Odnówcie go, a odzyska dawną świetność.

– Rozważaliśmy to. Niestety budynek ledwo stoi. Żadne prace remontowe mu nie pomogą. Prędzej, czy później i tak się zawali. My tylko nieco przyspieszymy ten moment.

Starzec pokręcił żałośnie głową.

– Pan nie rozumie… Ten dwór to moje wspomnienia. To wszystko, co mi pozostało. Proszę mi tego nie odbierać…

Bierze nas na litość, pomyślał Adam i zerknął na Agatę. Miała smutne spojrzenie. Rozłożyła bezradnie ręce, pozostawiając decyzję mężowi.

– Przykro mi – powiedział po namyśle. – Nie możemy panu pomóc.

– Możecie! – zawołał niewidomy, a po całym budynku rozległo się echo jego słów. – Odsprzedajcie dwór! Jeśli nie dla mojego, zróbcie to dla swojego dobra!

– Pan oszalał! – Adam nie zapanował nad emocjami . – To interes mojego życia! Trzeba było dbać o swój, zanim kupiliśmy tę ruinę!

Agata złapała męża za ramię.

– Nie denerwuj się tak – szepnęła. – To biedny człowiek…

Adam umilkł na chwilę, po czym spokojnie, lecz stanowczo zwrócił się do starca:

– Proszę wyjść. Naprawdę nie możemy panu w żaden sposób pomóc.

Twarz ślepca nie wyrażała niczego. Była nieruchoma jak wtedy, gdy ujrzeli go po raz pierwszy.

– Idziemy, Cień.

Czarny pies zaszczekał i raz jeszcze powiódł srebrnymi ślepiami po świeżo upieczonych nabywcach dworu. Ruszył w stronę frontowych drzwi. Zanim wyszli, jego pan, nie odwracając się, rzekł:

– Chciałem was tylko ostrzec. Jeżeli mnie nie posłuchacie, możecie na tym interesie stracić o wiele więcej niż ja. Zostawcie to miejsce w spokoju, nim przyjdzie wam za nierozwagę płacić. Ostrzegam was i nie żartuję. Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę.

 

* * *

 

Adam był całkowicie pochłonięty przeszukiwaniem piętra dworu, a Marek z zapałem mu towarzyszył. Dotychczas nie znaleźli niczego o znacznej wartości, a najcenniejszą zdobyczą zgodnie okrzyknęli pozytywkę, na którą natknęli się w skrzyni w pokoju dziecięcym. Ku zaskoczeniu wszystkich, po nakręceniu zaczęła wygrywać czystą, tęskną melodię. Byli bardzo podekscytowani niczym młodzieńcy bawiący się w poszukiwaczy skarbów.

Agata nie chciała im przeszkadzać, ale nie miała wyjścia. Szukała Heleny. Zostawiła ją na pół godziny, by porozmawiać przez komórkę z ordynatorem szpitala, w którym pracowała, a gdy skończyła, dziewczyny nigdzie nie było. Obeszła cały dwór i ogród, ale po przyjaciółce nie było śladu.

Mężczyźni przekrzykiwali się przez ścianę dwóch zrujnowanych pomieszczeń.

– Znalazłem grzebień! – zawołał Adam, rozemocjonowany. – Całkiem ładny, tylko nieco ułamany.

– Nie wyrzucaj! – odpowiedział Marek. – Może się przydać! Prezent dla teściowej albo co… Też chyba coś mam!

– Dla teściowej?

– Nie, nie… Prędzej na teściową!

– Bagnet? – zaśmiał się Adam.

– Lepiej! Lampę naftową! Tylko trzeba napełnić…

– I spalić wiedźmę? – zachichotał.

– A jak!

Agata stanęła nad mężem, założyła ręce na biodra i zmrużyła oczy udając wzburzenie.

– Nazwałeś moją matulę wiedźmą? – wycedziła przez zęby.

Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł chichot Marka. Adam podniósł stary, zakurzony wiklinowy kosz i zasłonił się nim jak tarczą.

– Ależ skąd, skarbie najdroższy! Przecież wiesz, jak uwielbiam twoją mamę!

– Pff – Agata wydęła wargi lekceważąco. – Ty mi lepiej powiedz, gdzie jest Helena, bo jej szukam, szukam i znaleźć nie mogę.

– Poszła nad jezioro – odparł Marek, stając w wejściu do pomieszczenia. W ręku trzymał niedużą, zielonkawą lampę naftową. – Chyba nie spodobał jej się wasz dwór. Może pająków się bała, nie wiem.

– Rozumiem. Pójdę jej poszukać. Nie przeszkadzajcie sobie.

Agata opuściła posiadłość i udała się nad jezioro. Wczesnojesienny wiatr rozrzucał samotne liście po piaszczystej drodze, a ciemne chmury niosły ze sobą zapowiedź deszczu.

Może przejdzie bokiem, pomyślała spoglądając na niebo, ale przyspieszyła kroku. Drzewa szumnie ją poganiały.

Dotarła do miejsca, z którego tego ranka przez okno samochodu podziwiała połyskujące za drzewami jezioro. Udała się pewnym krokiem na brzeg, który od wodnego zbiornika oddzielało pasmo sinożółtych trzcin. Jezioro okalała zabagniona ścieżka, a odciśnięte na niej niewyraźne ślady butów prowadziły na południe.

Ruszyła w tę stronę, gubiąc trop po pokonaniu zaledwie stu metrów, gdy ścieżka zaczęła prowadzić przez suchsze podłoże. Agata szła jednak dalej, podejrzewając, że Helena poszukiwała jakiejkolwiek plaży, by zamoczyć rękę w wodzie.

Porośnięty trawą brzeg z dojściem do jeziora odnalazła po przejściu blisko pół kilometra, jednakże to nie Helenę na nim spotkała.

– Aport! – usłyszała znajomy, chrypliwy głos, któremu odpowiedziało nie mniej znajome szczekanie.

Pośrodku polany, na omszałym głazie siedział opierając się o laskę niewidomy starzec. Jego szary prochowiec opadał na darń po drugiej stronie skałki. Starszy mężczyzna pochłonięty był rzucaniem do wody kijka swojemu czworonożnemu towarzyszowi. Pomimo ślepoty, trafiał zawsze w zwierciadło wody, a pies błyskawicznie wskakiwał do jeziora, łapał przedmiot i przynosił mu go w zębach.

Agata odczekała, aż Cień ponownie rzuci się w pogoń za patykiem i podeszła do starca, z trudem oderwawszy wzrok od przyprawiającego ją o gęsią skórkę psa.

– Przepraszam, czy nie… – Ugryzła się w język, dusząc w gardle słowo „widział”. – Czy nie przechodziła tędy niedawno moja przyjaciółka?

Niewidomy nawet nie drgnął. Trzymał kamienną twarz skierowaną ku napływającemu znad jeziora rześkiemu powietrzu.

– Nie przechodziła tędy.

Agata ponownie spojrzała na psa, płynącego, nomen omen, pieskiem po kijek. Bardzo chciałaby się oddalić, zanim wróci. Musiała jednak coś wyjaśnić.

– Na ścieżce widziałam ślady – powiedziała. – Zdawało mi się, że to jej.

– To moje ślady – odparł beznamiętnym tonem starzec. – Przyszedłem tu tuż po opuszczeniu państwa dworu.

Nie umknęło Agacie, w jaki sposób starszy mężczyzna zaakcentował słowo „państwa”.

– Śladów pańskiego Cienia tam nie było – zauważyła, obserwując jak rzeczony pies z patykiem w pysku otrzepuje się z wody na brzegu. Poczuła ukłucie strachu w żołądku. Czas się zmywać, pomyślała.

Starzec uśmiechnął się. Milczał. Agacie ani trochę się to nie spodobało. Bez słowa zaczęła się oddalać, próbując nie spuszczać z oczu zbliżającego się, ociekającego wodą psa, a zarazem unikając lodowatego spojrzenia jego srebrzystych ślepiów. Wtedy właśnie coś przykuło jej uwagę: niesiony w najeżonym siekaczami pysku – kijek.

 

* * *

 

– Jestem chirurgiem, do cholery, potrafię poznać ludzką kość!

– Spokojnie, Agata… – Adam kucał przy zwiniętej w fotelu, drżącej ze strachu żonie i masował jej plecy. – Wierzysz w to, bo się boisz. Kości wielu zwierząt są do złudzenia podobne do ludzkich, a ty sama mówisz, że nawet nie miałaś jej w ręce.

– Gdzie jest Helena?! – warknęła na męża.

– Jeżeli do północy nie wróci, zaczniemy jej szukać – zapewnił posterunkowy Tyliński, unosząc niespokojny wzrok znad notesu.

Adam przypatrzył się policjantowi. Coś było z nim nie tak. Od piętnastu minut chodził nerwowo po bawialni, nieustannie zerkając to przez okno na ogród, to na szczyt schodów, to do pogrążonej w mroku kuchni. Do tego był blady jak ściana, zupełnie jakby zobaczył ducha.

– Pan się dobrze czuje? – spytał mężczyznę.

– Dlaczego? – Posterunkowy wysilił się na uśmiech.

– Bo trzęsie się pan jak galareta. Może chce pan usiąść?

– Jestem na służbie – odparł, przestępując z nogi na nogę.

– Chodzi o tego niewidomego? – dopytywał Adam. – Zna go pan? Dziwnie się pan zachowuje, od kiedy usłyszał o nim od mojej żony.

Policjant westchnął, poprawiając czuprynę na spoconym czole. Zbierając myśli, oparł się o fotel, na którym tego ranka siedział niewidomy starzec. Adam postanowił nie uświadamiać go w tym względzie.

– Nie znam go osobiście – podjął wreszcie posterunkowy. – W sensie… Nawet nie wiem, czy to ta sama osoba, ale podobieństwo jest uderzające.

– Więc kto to jest? – Agacie udało się zapanować nad emocjami. Otarła ściekające po policzkach łzy.

– Po okolicy krąży pewna historia… – Ton głosu policjanta zapowiadał dłuższą opowieść. – Legenda, chciałoby się powiedzieć, ale są na to dokumenty, więc to nie żadne bajdurzenie. Głosi ona, że tutaj, w tym dworze urodził się przed laty niewidomy chłopiec. Był on od małego szykanowany przez rówieśników, dlatego zamożni rodzice starali się zapewnić mu we dworze wszystko, czego potrzebował. Nie musiał chodzić do szkoły, bo przychodzili do niego nauczyciele. Nie był też samotny, bo dostał psa, który miał być jego przewodnikiem i obrońcą. Jego cieniem, chciałoby się powiedzieć. Jednak gdy chłopak miał już dobre kilkanaście lat, zapragnął zmian w życiu. Chciał wychodzić do ludzi, zawierać przyjaźnie, robić to co jego rówieśnicy. A oni… No wiadomo, jak to jest w tym wieku. Dalej go szykanowali. Chłopak chciał im zaimponować, pokazać, że wcale nie jest gorszy i okazja ku temu nadarzyła się pewnego dnia nad Gajką – tutejszym jeziorem. Tam właśnie grupa rówieśników obiecała mu, że jeśli wykona pewne zadanie, to udowodni, że nie jest gorszy od innych i już zawsze będą go szanować. Chodziło o to, że tego samego roku do Zająców zawitał austriacki podróżnik, którego okolica tak bardzo oczarowała, że chcąc tu powrócić, wrzucił z pomostu do Gajki srebrną monetę. I to właśnie było zadanie chłopca. Miał wskoczyć do Gajki i odnaleźć na dnie monetę… – Posterunkowy przerwał na chwilę opowieść i westchnął. – Pamiętajmy, że był niewidomy. Prawdopodobnie nie umiał pływać. Mimo to, chcąc zaimponować rówieśnikom, wskoczył do jeziora z pomostu i zanurkował. Długo nie wypływał, więc jego jedyny wierny przyjaciel, jego pies, wskoczył za nim do wody. Podobno utonęli oboje…

– Jak to…? – Agata spojrzała z powątpiewaniem na policjanta.

– Cóż… – mruknął posterunkowy, ponownie nerwowo wyglądając przez brudne okno. – Jeśli chłopiec z opowieści, to ta sama osoba, którą państwo spotkali, to znaczy, że legenda kłamie. Bo żyje, czyż nie? Ale może to tylko jeden wielki zbieg okoliczności. Tyle, że…

– Tyle, że co? – spytał Adam, zarażając się bladością twarzy od policjanta. Nie chciał jednak zdradzać, co go zaczęło trapić.

– Cóż… To nie koniec historii. Po tragedii nad jeziorem zaczęły ginąć kilkunastoletnie dzieci. Wszystkie znajdowano w lesie rozszarpane na strzępy, niekiedy bez kończyn. Te dzieci, którym udało się przeżyć mówiły o płonących w mroku oczach – srebrnych jak monety. Tutejsi zaczęli wierzyć, że to zemsta upiornego psa, którego jeszcze za jego życia bali się jak ognia. Mówiono, że jego pan zza światów rozkazał mu powrócić do żywych i zabijać tych, którzy z niego szydzili. – Czując na sobie niedowierzające spojrzenia, policjant szybko się zreflektował – To tylko legenda… Pewnie jedynie zabójstwa są tu faktem, a dokonała ich sfora wilków. Ktoś skojarzył to z tragedią niewidomego chłopca i… No tak się rodzą opowieści.

– Mój Boże – przejęła się Agata. – Tak się boję o Helenę i Marka. My ich tu sprowadziliśmy, a potem obraziliśmy tego starca… To nasza wina…

Adam milczał jak grób.

– Marka? – Posterunkowy wyjął długopis z kieszeni. – To mąż pani Heleny?

– Narzeczony – poprawiła Agata.

– I gdzie on teraz jest? – spytał, uzupełniając informacje w notesie.

– Poszedł jej szukać…

– Dawno temu?

 

* * *

 

– Nie wiem, czy powinniśmy jechać do domu – powiedziała zasępionym głosem Agata.

Adam oczywiście zgadzał się z małżonką, ale nie chciał, by stała jej się krzywda. Jeżeli jego obawy okazałyby się słuszne, dwór był ostatnim miejscem, w jakim byliby bezpieczni. Chciał działać, ale do tego potrzebował swobody, której w obecności Agaty wyjątkowo nie odczuwał.

– Jest druga w nocy, pan posterunkowy kazał nam odpocząć. Ostrzegał zresztą, że w okolicy może nie być bezpiecznie. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Przynajmniej policja może odpuścić sobie pilnowanie, czy też nam nie grozi jakieś niebezpieczeństwo i skupić się w pełni na poszukiwaniu Heleny i Marka.

– Chyba masz rację… – Zapięła pasy. – Jedźmy.

Adam zapalił silnik i ruszył w drogę powrotną do domu.

Bezgwiezdna noc okryła las czarną płachtą. Światła samochodu ginęły w głuszy, obnażając na granicy cienia jedynie najbliższe z drzew. Te jakby w proteście kołysały się dziko na wietrze. Szła burza.

– Na piętrze znalazłem album – wyrzucił z siebie Adam, uznając, że powinien podzielić się z żoną zmartwieniem.

– Album? – zapytała sennie, opierając głowę o szybę. – Było tam coś ważnego?

– Tak, ale nie chciałem straszyć policji.

– Straszyć? – rozbudziła się gwałtownie. – Co tam znalazłeś?

Na przedniej szybie pojawiły się krople deszczu.

– Wyjmij kopertę z mojej saszetki – polecił, uruchamiając wycieraczki.

Agata szybko odnalazła kopertę i wyciągnęła z niej pożółkłą fotografię oraz złożoną na pół karteczkę. Zawiesiła wzrok na czarno-białym zdjęciu. Adam nie musiał na nie patrzeć, by wiedzieć, że przedstawiało dwie postaci – z lewej strony chłopca w staromodnym fraczku, a z prawej strony, przy jego nogach, szczeniaka o kruczoczarnej sierści i równie czarnych ślepkach. Chłopiec miał zamknięte oczy, nie uśmiechał się. Szczeniak spoglądał ciekawsko na aparat, którym robiono zdjęcie.

– To oni? To muszą być oni – odpowiedziała sobie natychmiast Agata. – Ten pies jest bardzo podobny do Cienia. Nie wierzę w aż takie zbiegi okoliczności.

– Ale jaki stary musiałby dziś być… – zauważył Adam, próbując nie spuszczać z oczu drogi. – To jeszcze nie wszystko. Zerknij na wycinek z gazety, który znalazłem razem z albumem.

– Patrzę… – Rozłożyła karteczkę. – Nekrolog?

– Odczytaj.

– „Z głębokim żalem zawiadamiamy, że zmarł ukochany syn Stanisław Morawski”. Wiesz kto to?

– Odwróć zdjęcie – odparł krótko Adam.

Agata zadrżała i obróciła fotografię. Widniał tam nakreślony czarnym atramentem opis zdjęcia:

Staszek i Cień, Wigilia.

 

* * *

 

Tuż przed świtem noc była kąśliwie zimna. Burza ustała, pozostawiając po sobie błoto i krople deszczu przylepione do liści paproci i dzikich krzewów. W blasku rozchmurzonego nieba błyszczały pomiędzy konarami drzew zroszone pajęczyny, a ślimaki wędrowały wśród traw.

Marek biegł co sił w nogach, nieustannie rozglądając się na boki, a rozmokła ziemia głośno plaskała pod jego butami. Był przerażony jak nigdy dotąd. Nie udało mu się odnaleźć Heleny, mimo że przeszukiwał okolice dworu przez cały wieczór, a nocą, gdy zabłądził, przeżył koszmar, z którego chciałby się już wybudzić.

Na szczęście rozpoznawał miejsce, w którym się znajdował. Dwór był niedaleko. Wyjął z kieszeni komórkę, żeby sprawdzić, czy ma zasięg i nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy w lewym górnym rogu wyświetlacza pojawiła się upragniona kreska. Od kiedy oddalił się od dworu i jeziora, nawet na chwilę nie udało mu się złapać zasięgu, by gdziekolwiek zadzwonić.

Pospiesznie wybrał numer Adama.

– Marek?! – odebrał szybko przyjaciel. – Gdzie jesteś?! Nie mogliśmy się dodzwonić!

– Tak, to ja… – zaczął nerwowo. – Nie miałem zasięgu, zabłądziłem… Ale już wiem, gdzie jestem. Tylko zaraz oszaleję…

– Co się dzieje?!

– Są wszędzie, Adam – rzekł półszeptem. – Wszędzie…

– Co jest wszędzie?!

– Srebrne o…

W tym momencie znowu je zobaczył. Wpatrywały się w niego z mroku w głębi lasu. Z jego ust wydobył się niemy krzyk, a komórka wypadła mu z ręki, wbijając się w glebę jak nóż. Nie cofnął się po nią. Musiał biec dalej. Do dworu.

 

* * *

 

Adam był już na nogach, gdy odebrał telefon. Przygotowywał się do wyjazdu, lecz teraz – gdy wreszcie mógł się dodzwonić do Marka, ale ten nie odbierał – uznał, że wyrusza natychmiast.

Spojrzał raz jeszcze na Agatę, wtuloną w kołdrę i pogrążoną w głębokim śnie. Przypominała mu samą siebie sprzed dziesięciu lat, gdy po raz pierwszy odważyła się zostać u niego na noc. Nawet on sam nie przypuszczał wtedy, że ta blond piękność z Uniwersytetu Medycznego będzie tą, u której boku zechce się zestarzeć.

– Kocham cię – szepnął, zamykając po cichu drzwi sypialni.

Wziął z przedpokoju kluczyki od samochodu oraz pistolet i udał się do garażu.

* * *

Już prawie tam był. Nogi i płuca odmawiały mu posłuszeństwa, ale adrenalina pchała go naprzód. Czuł na karku nieprzyjazny oddech, słyszał za plecami szelest leśnego poszycia. Oczyma wyobraźni widział śledzące go srebrne ślepia. Wiedział, że jeśli się podda, przepadnie.

Wybiegł prosto na mur, który pokonał w niezręcznym przeskoku. Przeturlawszy się po kłującym gruzie, wstał i usiłując się nie odwracać, dobiegł do drzwi dworu. Otworzył je panicznym szarpnięciem.

Obejrzał się po raz ostatni, próbując objąć wzrokiem cały zapuszczony ogród i stwierdził, że nikogo za nim nie ma. Nieco spokojniej więc wszedł do ciemnego budynku i zamknął za sobą drzwi. W tym samym momencie drzwi zatrzęsły się. Coś dobijało się do nich od drugiej strony.

Marek wrzasnął i przylgnął do klamki. Serce na moment zamarło mu w piersi. Wstrzymał oddech i odetchnął dopiero wtedy, gdy napór na drzwi ustał. Wyczerpany, zsunął się bezwładnie na podłogę. Zapadła cisza, którą przerwały czyjeś kroki w głębi pogrążonego w ciemności dworu.

– To ty, Adam?! – zawołał na oślep, ale od razu zrozumiał, że to nie on.

Krokom towarzyszył stukot laski.

 

* * *

 

Poranek wstał chłodny i mglisty. Na horyzoncie, za woalem chmur ćmiło się białawo słońce. Drzewa bezgłośnie potrząsały liśćmi, nie zagłuszając śpiewnego duetu sójki i drozda. Mokre po deszczu runo leśne pachniało intensywniej niż wcześniej.

Adam zaciągnął się tą wonią. Uwielbiał jeździć z opuszczoną szybą, co wzięło się jeszcze z czasów, gdy miał długie włosy i ledwie starczało mu na benzynę. Wiele by dał, by nie myśleć teraz o niebezpieczeństwie, które mogło grozić jego przyjaciołom.

Jechał w stronę dworu, gdzie planował zacząć własne poszukiwania. Posterunkowy Tyliński, z którym kontaktował się z samego rana, twierdził, że na razie policji nie udało się nikogo odszukać. Adama to nie zaskoczyło. Co prawda nie dopuszczał do siebie myśli o duchach i zemście z zaświatów, ale czuł, że to sprawa między ślepym starcem i jego psem a tymi, którzy weszli im w paradę. Wierzył, że legenda o niewidomym chłopcu była przynajmniej w części prawdziwa.

Kilkadziesiąt metrów przed samochodem drogę przecięła ludzka postać. Adam nie zdążył jej się przyjrzeć. Zatrzymał auto w miejscu, w którym weszła do lasu. Nie zdziwił się, odnajdując tam zejście nad Gajkę. Zgasił prędko silnik i wybiegł z samochodu, kierując się w stronę linii brzegowej.

Jezioro zastygło w bezruchu, pozwalając by przebijające przez obłoki słońce rozlało się po całej jego powierzchni. Drugi brzeg majaczył niewyraźnie za zasłoną mgły, wiszącej w powietrzu na granicy wody. Gdzieś wśród sterczących sztywno trzcin awanturowało się kacze małżeństwo.

Adam biegł wzdłuż brzegu po śladach, które jednak szybko zgubił. Przypomniało mu się, że Agata opowiadała mu o tym, jak sama, szukając Heleny, natrafiła na odciski czyichś butów. Doprowadziły ją do polany, na której spotkała niewidomego starca. Adam nie miał nic przeciwko temu, by go odnaleźć. Wreszcie wszystkiego by się dowiedział.

Trawiasta plaża, o której mówiła Agata, wyglądała tak, jak ją sobie wyobraził. Była nieduża i otaczał ją las, a na jej środku leżał głaz porośnięty mchem. Brzeg jeziora wbijał się klinowo w głąb lądu. W zasięgu wzroku nie było żywego ducha.

Adam wkroczył na polanę, zerkając nerwowo na wylewającą się z lasu mgiełkę. Drżał, choć zaciskał pięści, żeby nad tym zapanować. Bał się, że za chwilę usłyszy za plecami wściekłe ujadanie psa albo ujrzy między drzewami jego srebrne ślepia. Przypomniała mu się krótka rozmowa z Markiem. Nie chciał przeżyć tego co on.

Stanął obok głazu i dopiero wtedy rozdziawił z niedowierzaniem usta. To nie żadna skała, pomyślał. Ma zbyt regularny kształt. To…

Położył na kamieniu but i zaczął zdzierać nim mech. Oczy wyszły mu z orbit, gdy ujrzał pierwsze fragmenty wyrytego tekstu. Pomógł sobie rękoma, aż całe epitafium stało się czytelne:

Ś. † P.

Stanisław Morawski

„Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka

Uczynił go obrazem swej własnej wieczności

A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła

I doświadczają jej ci, którzy do niego należą”

(Mdr 2, 23-24)

Czuwaj nad swym domem, Staszku

Czuwaj nad swym panem, Cieniu

Na wieki wieków

Amen

Adam odczytał ostatnią część tekstu jeszcze dwa razy i poczuł przebiegające mu po plecach ciarki. Nie potrafił powstrzymać nawału irracjonalnych myśli, które zaczęły kłębić mu się w głowie. Może w obliczu niewyobrażalnej tragedii te kilka nieodpowiednich słów potrafi związać duszę zmarłego ze światem, który powinien był opuścić?

Od strony jeziora usłyszał plusk. Poderwał się gwałtownie na równe nogi i spojrzał w tamtą stronę. Po zwierciadle wody roznosiły się regularne kręgi. Podszedł ostrożnie kilka kroków. Obejrzał się tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy nikt nie zachodzi go od tyłu. Gdy powrócił wzrokiem do jeziora, spod wody wpatrywały się w niego dwa srebrne punkty.

Wrzasnął z przerażenia na cały głos, próbując wydobyć z kieszeni płaszcza pistolet. W tym czasie z wody wynurzył się czarny pies, kłapiąc zajadle zębami. Wydawał z siebie odgłos przypominający bulgoczący warkot, a w jego ślepiach mieszkała śmierć. Płynął do brzegu.

Adam nie zastanawiał się ani chwili. Wyprostował dłoń i oddał jeden po drugim jedenaście strzałów, aż w waltherze zabrakło kul. Wciąż przerażony spojrzał na taflę wzburzonej wody. Cień zniknął pod wodą. Na trzonach przybrzeżnych trzcin, tuż nad powierzchnią wody osadzała się czerwona maź.

– A wystarczyło mnie posłuchać. – Głos dobiegł zza pleców Adama, który odwrócił się gwałtownie i wymierzył pistolet w kierunku stojącego dwa metry dalej niewidomego. Starzec podpierał się laską tuż obok kamienia nagrobnego. Nie było po nim widać żadnych emocji.

– Gdzie Marek i Helena?! – ryknął Adam, choć ze strachu uginały się pod nim kolana i najchętniej skuliłby się i zapłakał.

– Nie żyją – powiedział krótko starzec.

Adam nie potrafił w to uwierzyć.

– Ty też nie żyjesz! Umarłeś, więc zdychaj! – krzyczał i na potwierdzenie własnych słów nacisnął spust pistoletu. Magazynek był jednak pusty.

– Cogito ergo sum – rzekł niewzruszenie niewidomy. – Może to ty umrzesz?

– Twój pies zdechł! Zastrzeliłem go! Nikogo już nie skrzywdzisz!

Starzec pokręcił głową.

– Jesteś taki jak wszyscy. Zapomniałeś… – przeciągnął, zdejmując ciemne okulary – że ślepcy też mają oczy.

Błysnęły srebrne oczy.

 

* * *

 

Agatę obudził telefon. Zaspana sięgnęła po leżącą na nocnym stoliku komórkę i odebrała połączenie.

– Taak? – ziewnęła.

– Agata… – Głos należał do Adama.

– Skarbie? – Rozbudziła się nieco.

– Posłuchaj… – W jego głosie było coś niepokojącego. – Wiem, cco… trzeba zrobić…

– Co się dzieje?! Brzmisz, jakbyś cierpiał!

– To już nnih… – jęknął z bólu. – Kocham cię…

Zupełnie odechciało jej się spać. Wyraźnie słyszała, że Adam z trudem łapał oddech.

– Co się dzieje, Adam?!

– Jjuż nic… posłuchaj… Tylko tak możemy tto… zakończyć… Zrób, co ci ppowiem…

 

* * *

 

Dwór runął jak przewrócony domek z kart, jakby od dziesiątków lat tylko czekał na popchnięcie, od którego mógłby się zawalić. Pod chmurą pyłu legły deski, dachówki i cegły, a wraz z nimi zapisana w nich historia.

Ze skraju lasu obserwowały to dwie pary srebrnych oczu, blednących z wolna niczym księżyc u schyłku nocy. Postaci czuły, że ich czas nadszedł. Nim odeszły na zawsze, jedna z nich rzuciła coś pod nogi i chwilę później tylko tyle po nich zostało. Drobny, połyskujący w trawie przedmiot.

Srebrna moneta.