Zapewne każdemu zagorzałemu miłośnikowi kryminałów w Polsce znana jest twórczość literacka Zygmunta Miłoszewskiego, a jego „dziecko”, prokurator Teodor Szacki, ściga przestępców już nie tylko na łamach książek, ale także w produkcjach filmowych. Mało kto jednak wie, że Zygmunt Miłoszewski, król polskiego kryminału, wcale nie stawiał pierwszych kroków jako pisarz tworzący thrillery o prokuratorskich śledztwach. Debiutował w gatunku horroru. To właśnie „Domofon”, dotychczas jedyną powieść grozy w dorobku Miłoszewskiego, spróbuję rozebrać na części, żeby na koniec recenzji – śrubka po śrubce – ponownie złożyć w całość.

Dobry horror, niezależnie od stylu i podgatunku, wymaga współistnienia kilku elementów składowych. W debiucie Miłoszewskiego niektóre mechanizmy działają bez zarzutu, inne zaś wadliwie, a zatem rodzi się pytanie, czy te kilka usterek w stopniu znacznym psuje odbiór „Domofonu”. Ale po kolei. Zacznijmy od wymienienia elementów, które zawodzą.

Najpoważniejszym ubytkiem recenzowanej powieści jest brak naprawdę dobrej historii. Można doszukać się tu wprawdzie kilku ciekawych wątków fabularnych, a finał oferuje niezły element zaskoczenia, ale nie jest to opowieść, która usatysfakcjonowałaby bardziej wymagających i „doświadczonych” czytelników literatury grozy.

„Domofonu” nie wyróżnia także oryginalność treści. Ot, ghost story z odgrzewanymi motywami klątwy, walki z najgorszymi lękami i nienaturalnej, ożywającej ciemności rodem z „Alana Wake’a” (chociaż ten powstał oczywiście później).

Zmuszony jestem również wytknąć drugiej połowie powieści pewien spadek poziomu grozy i tajemniczości oraz przydługie opisy zmagania się przez głównych bohaterów z sennością. Nie jest to jednak problem, na który cierpi wyłącznie „Domofon”, albowiem wielokrotnie w przypadku innych pisarzy horrorów (np. Stephena Kinga) borykałem się z tym samym poczuciem wynikającym z wyjaśniania się kolejnych zagadek i coraz większym nagromadzeniem nadprzyrodzonych zjawisk.

Zamykając listę wad, napomknę o drobnych, mało istotnych gafach debiutanta, np. o opisie rozmowy telefonicznej, podczas której bohater opowieści notorycznie powtarza, co słyszy w słuchawce, byle tylko czytelnik zrozumiał, czego dotyczy konwersacja. Z kolei w finale historii dzielni protagoniści, zamiast uciekać przed spodziewaną eksplozją, w sposób prawdziwie hollywoodzki odnajdują czas na dyskusję, ujawnianie ostatnich tajemnic i podniosłe wyznania. Są to jednak potknięcia, które w żaden sposób nie wpływają na moją ocenę całości.

Chociaż powieść Miłoszewskiego zawodzi na kilku polach, na paru innych broni się bez zarzutu. Takim obszarem jest niewątpliwie kreacja postaci. Główni bohaterowie przedstawieni są w sposób zróżnicowany i uzupełniają się charakterologicznie, a przez to z łatwością możemy upatrzyć sobie przynajmniej jednego ulubieńca i śledzić jego losy do końca opowieści. Z postaci drugoplanowych na szczególną uwagę zasługuje dewotka Anna Maria Emilia Wierzbicka. Poświęcone (także wodą święconą) jej fragmenty należą do najciekawszych w książce.

Miłoszewski udowodnił ponadto, że potrafi trzymać czytelnika w napięciu, a kiedy trzeba, to napięcie błyskawicznie rozładowywać. „Domofon” co chwila raczy nas naprawdę dobrym poczuciem humoru, lecz gdy nadchodzi czas straszenia, poważnieje. Dzięki temu autor nie zamęcza nas jednolitym nastrojem, a to ważne w literaturze grozy.

Na dużą pochwałę zasługuje także język Miłoszewskiego. Jak na literacki debiut, jest lepiej niż dobrze. Bogate słownictwo, lekkość pióra, przystępny styl – to wyraźne atuty „Domofonu”.

Wreszcie najważniejsze – nastrój. Bez wątpienia jest on w powieści obecny. Może nie zawsze, może nie w równych proporcjach, ale da się go poczuć, co w horrorze jest elementem nieodzownym. Wszystko może zawodzić, ale odpowiedni klimat to podstawa utworu grozy. Na szczęście to koło zębate jest na swoim miejscu. Nie obraca się w zawrotnym tempie, ale wystarczająco szybko, aby miało się ochotę doczytać książkę do końca.

Wracając do pytania z początku recenzji – czy zalety „Domofonu” usprawiedliwiają jego wady? Myślę, że tak. Powieść mnie nie wymęczyła, utkwiło mi w głowie parę dobrych motywów, no i wciąż śmieję się na wspomnienie kilku fragmentów. Nawet gdybym nie wiedział, jaki sukces odniósł Miłoszewski, napisałbym, że ten debiut dobrze wróży autorowi na przyszłość.