Z zasady nie recenzuję książek, które z horrorem nie mają nic wspólnego, ale skoro przyjąłem egzemplarz recenzencki „Inwazji” Wojtka Miłoszewskiego, to wypada opisać moje odczucia związane z lekturą. Zwłaszcza, że na niniejszej stronie recenzowałem już „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego, który jest bratem autora „Inwazji”. Samego Wojtka Miłoszewskiego dotąd kojarzyłem jedynie ze scenariuszem do serialu kryminalnego „Wataha”, natomiast obecnie nie mogę odmówić mu talentu do prozy. „Inwazja” napisana jest przyzwoicie, chociaż z drugiej strony nie jest to też przykład warsztatu wybitnego. Ot, wartko się czyta.

Sama historia powieści oscyluje wokół fikcyjnych wydarzeń politycznych, tj. wojny pomiędzy Polską i Rosją w czasach współczesnych. Podczas tytułowej „inwazji” na Polskę opowiadane są historie kilku obywateli, z których najciekawsze wydają się wątki Romana Gurskiego i Danuty Wojnarowicz. Historia porucznika Romana Gurskiego w barwny sposób obrazuje heroiczną walkę polskich żołnierzy z dużo silniejszym wrogiem, a historia córki biznesmena Danuty Wojnarowicz ciekawie opowiada o robieniu na wojnie naprawdę dużych pieniędzy. Wszystkie wątki w ten czy inny sposób w końcu się zazębiają, a ich wspólnym mianownikiem jest naturalizm i brutalność wojny.

Wydarzenia z „Inwazji” w większości przedstawione są w sposób realistyczny i wiarygodny. Niestety nie można powiedzieć tego o całej książce. Przede wszystkim całkowicie karykaturalnie nakreślone zostały sylwetki znanych polityków. Angela Merkel czy Francois Hollande (w „Inwazji” wciąż jest prezydentem Francji) zachowują się ze wszech miar irracjonalnie, jakby byli bohaterami powieści Franza Kafki w jakimś zwariowanym krzywym zwierciadle świata polityki. Nie inaczej ma się sprawa z czołowymi polskimi politykami, którzy są albo przerysowani, albo potraktowani niesprawiedliwie jako ostatni tchórze bądź głupcy. W konsekwencji wszystkie fragmenty powieści poświęcone znanym osobistościom na świecie i w kraju zabijają realizm snutej opowieści, bo zamiast odpowiadać na pytanie: „jak mogłoby się stać?”, pokazują polityczny kabaret. Jeżeli to celowy zabieg, to uważam go za nieprzystający do przecież poważnej tematyki dzieła.

Co istotne, powieść nie ma zakończenia. Urywa się nagle, a wątki nie zostaję zamknięte, co zwiastuje kontynuację. Czy po nią sięgnę? Gdybym lubił ten gatunek literacki, pewnie z ciekawości zakończenia bym się skusił, ale lektura nie wciągnęła mnie na tyle, abym pomimo wojennej tematyki, poświęcił tej historii więcej czasu. „Inwazja” ma swoje momenty i kilka ciekawie wykreowanych bohaterów, ale postacie, które nie są fikcyjne, zostały przedstawione bardzo nieudolnie. Miały śmieszyć, a tylko wprawiają czytelnika w zażenowanie. Krótko mówiąc: jest tu sporo dobrego, ale też i sporo złego.