„Przebudzenie” to jedna z najnowszych powieści grozy Stephena Kinga. Wydana w Polsce przez wiernych poddanych Króla Horroru – Prószyński i S-ka – stanowi opowieść pisaną na modłę starych, dawno nieżyjących mistrzów gatunku, a nie nowoczesny horror, do jakich King przyzwyczaił swoich czytelników. Pierwotnie spodziewałem się, że „Przebudzenie” inspirowane jest słynnym dziełem Mary Shelley – „Frankenstein”, ale gdy w tekście padł tytuł niesławnej, czarnoksięskiej księgi „De Vermis Mysteriis” pojąłem, że to H.P. Lovecraft rzuca na tę opowieść swój cień.

Fabuła „Przebudzenia” – a przynajmniej jej główny wątek – kręci się wokół postaci zafascynowanego energią elektryczną pastora Charlesa Jacoba, który w toku opowieści przechodzi dramatyczną duchową przemianę. Patrząc na tę postać z szerszej perspektywy, łatwo doszukamy się alegorii zmagań religii z nauką. Cała historia ma zresztą wymiar eschatologiczny, a King bierze pod lupę życie pozagrobowe tak z perspektywy nauki, jak i przez pryzmat wiary. Ostateczna odpowiedź, jaką otrzymujemy, uderza nas obuchem przez łeb. Czy w pozytywnym, czy w negatywnym sensie – to już zależy od tego, czego oczekuje czytelnik.

Pomijając fabułę, powieść odznacza się tymi samymi cechami, co znakomita większość dzieł Kinga. Jest rozwlekła, więcej w niej fragmentów obyczajowych niż grozy, ale wciąga i zawiera interesujące pomysły. Arcyciekawy jest motyw uzdrawiania chorych, w którym granica między oszustem, geniuszem i cudotwórcą zaciera się i nawet od strony moralnej stanowi niełatwy orzech do zgryzienia. Szczególnej uwadze polecam fragment o obrączkach!

Pozostaje pytanie, czy „Przebudzenie” zaliczyć do udanych, godnych polecenia dzieł Stephena Kinga? Oczywiście tak! To ambitna pozycja, którą wyróżniłbym na polach kreacji postaci oraz podłoża filozoficznego. Lojalnie muszę jednak uprzedzić, że nie ma w niej za dużo z horroru. Tylko odrobina – na koniec.