Tym razem opiszę wrażenia z rejsu promem „Baltic Charisma”, na którym rozmach jatki zaskoczył mnie nawet pomimo krwawej masakry na okładce książki wydanej nakładem wydawnictwa Marginesy. Dzieło autorstwa bliżej nieznanego mi pisarza Matsa Strandberga o niezbyt zachęcającym tytule „Przeklęty prom” trafiło w moje ręce przypadkiem. Wybór tej pozycji na kolejną lekturę był strzałem na oślep, niestety chybionym.

Jest taka tematyka literatury czy kina grozy, za którą zdecydowanie nie przepadam. Mam tu na myśli opowieści o zombie, wilkołakach, wampirach i podobnej maści „klasycznych” potworach, których motyw wałkowany jest stanowczo za często i przez to pozostaje w moim przekonaniu wyczerpany. Do takiej też tematyki należy zaklasyfikować dzieło Matsa Strandberga (nie będę zdradzał, co konkretnie nawiedzi pasażerski szwedzki statek, ale nie należy spodziewać się niczego wyszukanego). Recenzowana powieść była więc dla mnie z zasady dość męcząca. Pytanie brzmi, czy „Przeklęty prom” może zabrać osoby, których wspomniana tematyka nie zniechęca, w podróż pamiętną i zarazem udaną.

Uważam, że wśród miłośników horrorów znajdą się entuzjaści tej książki, ale jednocześnie mam obawy, że będą oni w wyraźnej mniejszości. O ile bowiem pierwszą połowę „Przeklętego promu” czyta się nawet nieźle, co wynika m.in. z atmosfery tajemniczości zgrabnie budowanej przez detale skrywane między wierszami, o tyle druga połowa to już katorga, którą można przyrównać do przesyconego akcją, przewidywalnego filmu sensacyjnego. Na końcu horror funkcjonuje już tylko w ramach podgatunku gore.

Co z warsztatem literackim autora? Język jest prosty i przyjemny. Narracja interesująca, a w rozdziałach opisujących w szerokim spektrum sytuację na całym promie wręcz oryginalna. Dużo dobrego można też powiedzieć o kreacji postaci, przynajmniej w pierwszej połowie powieści, kiedy jeszcze wszechobecny chaos nie mąci czytelnikowi w głowie.

Reasumując, nie wszystko jest złe. Problem w tym, że – parafrazując klasyka – prawdziwego pisarza poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. A koniec rejsu „Baltic Charismą” trzeba niestety odchorować.