Nigdy nie uważałem, że literatura grozy ma obowiązek przestraszyć czytelnika. To zresztą nieprosta sztuka i mimo, że jestem pasjonatem horrorów, od lat żadna lektura nie potrafiła mnie przerazić. Ostatnio udało się to chyba „Małpce” Stephena Kinga i wtedy rzeczywiście z nerwów nie chciałem gasić światła w nocy, ale działo się to jeszcze za moich czasów gimnazjalnych, a więc dawno, dawno temu. Wciąż zdarza mi się bać na niektórych filmach, jednak połączenie obrazu, muzyki i dźwięków daje reżyserom broń, którą nie dysponują pisarze. Z tą myślą któregoś dnia przeprowadziłem w Internecie poszukiwania powieści, która w powszechnej opinii uchodzi za naprawdę straszną. W ten właśnie sposób dotarłem do „Ruin”.

Przyznaję bez bicia, że jeszcze przed kilkoma miesiącami nazwisko Smith kojarzyło mi się wyłącznie z Matrixem. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że Scott Smith wydał w całej pisarskiej karierze ledwie dwie książki. Ostatnim jego dziełem były właśnie „Ruiny” z 2006 r., które osiągnęły znaczny sukces komercyjny i dwa lata później doczekały się ekranizacji.

Krwawe, brutalne, nadmiernie naturalistyczne opowieści zazwyczaj mnie odpychają. Drażni mnie niepotrzebne rozwodzenie się nad czyimś cierpieniem, które ma na celu po prostu zaszokować czytelnika, a nie zawiera w sobie głębszej treści. W „Ruinach” okrucieństwo, chociaż obecne przez prawie całą książkę, nie jest wymuszone. Może wynikać to poniekąd z tego powodu, że tym razem to nie człowiek odznacza się bezmyślną żądzą krwi, ale sama przyroda udowadnia swoją bezwzględność.

Akcja „Ruin” rozgrywa się w meksykańskiej dżungli. Tytuł ten jest nieco mylący, albowiem od pierwszych stron zwiastuje eksplorację starożytnego miasta Majów, odkrywanie grozy sprzed wieków, może nawet obcowanie z szamańską magią bądź voodoo. Nic bardziej mylnego. Bohaterowie powieści w gruncie rzeczy nigdy do żadnych ruin nie docierają, chociaż miejsce, które odnajdą w głębi dżungli, jest nie mniej niezwykłe.

Pierwsze sto pięćdziesiąt stron „Ruin” to tak naprawdę klasyczny, bezlitosny survival, ale bez wyraźnych elementów grozy. Dopiero potem, gwałtownie i niespodziewanie, zaczyna się horror i robi się jeszcze nieprzyjemniej. Na przekór temu, powieść wciąga coraz bardziej.

Za największy atut „Ruin” należy uznać kreację postaci. Chyba nigdy nie spotkałem się z tak realistycznym oddaniem osobowości bohaterów powieści, którzy są jednocześnie bardzo charakterystyczni i nie przerysowani. Do tego wszystkie dialogi są tak niesamowicie wiarygodne, jakby pochodziły z dokumentu, zapisu faktycznej wyprawy do Meksyku, a nie fikcji literackiej. Tylko pozazdrościć takiego kunsztu pisarskiego i intuicji.

Pozostaje pytanie, czy recenzowana powieść jest rzeczywiście taka straszna, za jaką uchodzi? Nie ulega dla mnie wątpliwości, że „Ruiny” reprezentują grupę tych horrorów, które przy odpowiednim nastroju i wobec odpowiedniej osoby mogą pokazać kły i wywołać lęk. Wszystko to za sprawą kilku udanych, oddziałujących na wyobraźnię scen. W mojej pamięci ostatnie dzieło Scotta Smitha zapisało się jednak jako książka nade wszystko dramatyczna, z ciężką atmosferą i wspaniale napisanymi postaciami. Makabra, masochistycznie wciągająca, miała dla mnie drugorzędne znaczenie.