Rzadko kiedy mam okazję czytać opowieści grozy, które nie stanowią konglomeratu różnych gatunków literackich. Nie inaczej jest w przypadku „Siostrzycy” Johna Hardinga wydanej w Polsce przez Dom Wydawniczy Mała Kurka. To w równym stopniu horror, kryminał i dramat obyczajowy, chociaż większa część książki okazuje się być zaskakująco lekka i przyjemna. Elementy grozy bardziej nastrajają niż straszą, tragizm opowiadanej historii zanadto nie wzrusza, a wątek kryminalny nigdy się na dobre nie rozkręca. Z tej „lekkiej i przyjemnej” konwencji wyłamuje się jedynie ostatnie kilkadziesiąt stron powieści – zaskakujące intensywnością serwowanych czytelnikowi emocji.

„Siostrzyca” to powieść z akcją umiejscowioną w XIX-wiecznej Nowej Anglii, pisana z perspektywy dwunastoletniej Florence. Dziewczynki oczytanej, która do tego stopnia pokochała Szekspira, że zaczęła sama wplatać w swój język wymyślane samodzielnie neologizmy, chcąc dorównać swojemu mistrzowi. W konsekwencji cała opowieść najeżona jest niesamowitym słownictwem, które urzeka dziecięcym sposobem myślenia. Tytułem przykładu można przytoczyć takie słowotwórcze cudeńka jak „kichawica kurzu”, „odpłakiwanie kogoś na peron” czy „odmączanie ręki zamaszystym ścierkowaniem”. Przy tej okazji trzeba podkreślić, jak wspaniałą robotę wykonał polski tłumacz – Karolina Zaremba.

Nie zdradzając szczegółów fabuły, „Siostrzyca” nie przedstawia żadnej wielkiej historii. Opowieść jest kameralna, skupiona na przeżyciach małej dziewczynki, która odkrywa, że jej bratu może przytrafić się coś złego. A ponieważ mamy do czynienia z dzieckiem, nie do końca wiemy, co dzieje się naprawdę, a co jest emanacją wybujałej wyobraźni narratorki, która zafascynowana jest również upiornymi dziełami Edgara Alana Poe. Jest jednak coś w tej powieści, co każe nam kibicować Florence, nawet jeśli nie do końca wierzymy w każde jej słowo.

Mógłbym wskazać tylko jedną wyraźną wadę „Siostrzycy”. Chodzi o wielość tajemnic, które pozostają nierozwiązane. To nie tak, że lubię mieć podane wszystko na tacy, ale nie można przesadzić jak zrobił to John Harding, pozostawiając w powieści więcej pytań niż odpowiedzi.

Czy zatem warto sięgnąć po tę pozycję książkową? Uważam, że tak. Co ważne, „Siostrzyca” nie jest długa, więc nie poświęcimy na nią zbyt dużo czasu. W zamian otrzymamy bardzo oryginalny język i raczej lekką historię, ale z mocnym, niespodziewanym zakończeniem. Polecam.