Twórczość H.P. Lovecrafta doczekała się w Polsce bardzo licznych wydań książkowych i właściwie rok w rok nowi tłumacze mierzą się z charakterystycznym językiem Samotnika z Providence, a kolejne wydawnictwa literackie układają z jego opowiadań własne kompilacje. Niektóre teksty były publikowane już wielokrotnie, a ich tytuły różnią się w zależności od tłumaczenia (np. „The Colour out of Space” był już tłumaczony jako „Kolor z przestworzy”, „Kolor z innego wszechświata” i „Kolor, który spadł z nieba”).

Trudne i żmudne byłoby recenzowanie wszystkich zbiorów opowiadań Lovecrafta, ale skoro podjąłem się napisania choć kilku recenzji, jednej książki pominąć nie mogę. „Zew Cthulhu” wydawnictwa Czytelnik z roku 1983 stanowi pierwszą i w mojej ocenie najlepszą oficjalnie wydaną w Polsce antologię twórczości Lovecrafta. Nie wiedzie ona jednak prymu wśród podobnych sobie książek z uwagi na tłumaczenie, okładkę czy sam fakt, iż jest pierwsza- i chwała jej za to. Nie. To niczym nieograniczony dobór opowiadań (wszak żadne nie zostały wcześniej w naszym kraju zebrane w jednym zbiorze) sprawia, że każdy miłośnik Lovecrafta powinien hołubić tę pozycję na swoim domowym ołtarzyku Wielkich Przedwiecznych. Tu nie ma słabych opowiadań. Nie ma nawet opowiadań gorszych. Cały zbiór od pierwszej do ostatniej strony trzyma równy, bardzo wysoki poziom, a każdy z siedmiu tekstów jest reprezentatywny dla twórczości Lovecrafta. Brak któregokolwiek z nich stanowiłby niepowetowaną stratę.

Już otwierające zbiór opowiadanie tytułowe uchodzi przecież za sztandarowe dzieło mistrza weird fiction, a sam Cthulhu za najbardziej rozpoznawalnego przedstawiciela mitologicznego panteonu lovecraftowego uniwersum, którego imię i macki na dobre wpełzły do światowej popkultury. Bądźmy szczerzy – który miłośnik horroru nie słyszał o Cthulhu?

Przyjrzyjmy się jednak dalszym opowiadaniom, z których każde ma nam do zaoferowanie nowe wymiary „niewypowiedzianej grozy”.

„Widmo nad Innsmouth” skrywa nie mniej interesującą historię co utwór tytułowy, wielokrotnie zapożyczaną na potrzeby kultury masowej, np. gry komputerowej „Zew Cthulhu: Mroczne zakątki świata” czy filmu „Dagon”. Jest to, krótko mówiąc, kawał dobrego horroru z dużą ilością akcji i z bardzo niepokojącym zakończeniem. „Kolor z przestworzy” z kolei to oryginalna i mroczna opowieść science fiction, którą nie wzgardziliby czytelnicy Ray’a Bradbury’ego. Poprzez obserwację zmian zachodzących na farmie, na terenie której spadł tajemniczy meteoryt, odczuwamy narastające napięcie i nadciągającą katastrofę. Mamy tu więc do czynienia z innym, mniej dosadnym obliczem Lovecrafta niż w pozostałych utworach „Zewu Cthulhu”.

Dwa następne opowiadania to moi osobiści faworyci. „Szepcący w ciemności” stanowi prawdopodobnie najstraszniejszą z siedmiu historii opowiadającą o żyjącej na Ziemi wysoko rozwiniętej rasie obcych ukrywającej przed ludźmi tak swoją obecność, jak i swoje prawdziwe intencje. Finał potrafi przyprawić o gęsią skórkę! Natomiast „Duch ciemności” odznacza się niesamowitym, ponurym nastrojem. Na zachętę wystarczy wspomnieć, że cała akcja toczy się wokół niedostępnego, starego kościoła, którego z niewiadomych względów lękają się wszyscy okoliczni mieszkańcy.

Ostatnie dwa opowiadania zbioru również nie rozczarowują. Na pięćdziesięciu stronach „Koszmaru w Dunwich” Lovecraft przechodzi sam siebie, opisując przywołaną na skutek plugawych rytuałów bestię z piekła rodem. Za wszystkim kryje się zaś niebanalna fabuła, więc dla miłośników twórczości Lovecrafta jest to kolejna obowiązkowa lektura. Wreszcie „Muzyka Ericha Zanna”, dla odmiany krótka opowieść, ukazuje znów to inne podejście do tematyki weird fiction, w której kluczową rolę odegra skrytość, mistyczność i niedopowiedzenie.

Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w swoim życiu. Nie jest to pozycja, którą polecam wyłącznie miłośnikom prozy Lovecrafta, lecz wszystkim czytelnikom literatury grozy. Jest to – bez dwóch zdań – zbiór opowiadań ponadczasowych, które mimo upływu kilkudziesięciu lat nie zestarzały się jakościowo ani odrobinę.

Na koniec, już na marginesie chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej zalecie recenzowanego wydania. Jest to książka z 1983 roku, więc istnieją już tylko stare, używane egzemplarze, które z rzadka znaleźć można na aukcjach internetowych, a częściej na zakurzonych półkach bibliotek i antykwariatów. Muszę przyznać, że to niesamowicie ekscytujące i nastrojowe znaleźć w jednym z tych ostatnich miejsc tę szczególną książkę, a potem zagłębić się w złowrogą treść zapisaną na jej pożółkłych kartkach. Przychodzi wręcz na myśl skojarzenie z „Necronomiconem”, którego w podobnych okolicznościach odnajdują bohaterowie Samotnika z Providence.